Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 27 kwietnia 2014

Tak wyglądaliśmy w 27. tygodniu ciąży


Eh, kolejny tydzień przepadł tak szybko, jak co miesiąc wypłata... News, który Wam wiszę od Wielkiego Piątku: nie mam cukrzycy, wyniki są wręcz wzorcowe:-) Skorzystaliśmy więc z tego w święta- objadłam się mazurkiem własnej roboty z kajmakiem, a do teraz dojadam słodkiego zajączka, który w tym roku jak na złość był bardzo bogaty;-) W sobotę poszliśmy do kościoła z koszyczkiem. Była piękna pogoda, więc aż chciało się iść na dłuższy spacer, ale trzeba było dalej działać w kuchni. Śniadanie wielkanocne przygotowałam z wielkim zaangażowaniem i aż sama byłam z siebie dumna;-) Żurek, bigos, sałatka, dwa rodzaje pieczonych mięs, jajka faszerowane, galart, biała, szynka, jaja gotowane, a na deser wspomniany już mazurek i babka, które sama upiekłam. W niedzielę o 6 byliśmy na rezurekcji. Uwielbiam tę mszę- jest taka doniosła, a jednocześnie ożywcza. Szybko się skończyła, więc miałam sporo czasu na przygotowanie stołu. Siadaliśmy do niego wraz z mężem, teściową i szwagierką około 11. Niestety, przez otwarte w pokoju okno wszystko, co było ciepłe, szybko wystygło, a zimny żurek i bigos to nic dobrego. Bigos odgrzałam, ale żurku z jajkiem się nie dało, więc każdy zjadł po kilka łyżek i na tym koniec. Moja wina- mogłam poczekać z podaniem gorących potraw do chwili, gdy już podzielimy się jajeczkiem...Ale cały posiłek upłynął w miłej atmosferze. Zjadłam oczywiście najwięcej z wszystkich;-) Po kawie wybraliśmy się na cmentarz i zastała nas tam burza. Szybko wróciliśmy więc do stołu;-) A już w poniedziałek śniadanie u teściowej, obiad i kawa u moich rodziców i tak święta minęły, że nie zdążyłam się nimi nacieszyć...
Od wtorku powrót do rzeczywistości: praca. Już nie mogę doczekać się maja. Siedzenie przed komputerem sprawia mi już coraz większy problem. Nie poruszam się już też jak sarenka...Teraz przez ostatnie trzy dni będę obdzielać innych moimi obowiązkami, ale już niestety padły kłopotliwe dla  mnie pytania, czy nawet na zwolnieniu, nie popracowałabym trochę w domu. Niestety, nie mogłam odmówić. Nie będę miała zastępcy, więc jeśli tylko będę w stanie, pomogę z kanapy.  
A teraz czas pochwalić się, jak wyglądałem tydzień temu, czyli na początku 27. tygodnia:-)





czwartek, 17 kwietnia 2014

Szkoła rodzenia nas pochłonęła

Blog poszedł na zbyt długo w odstawkę, ale mam porządne wyjaśnienie: już w zasadzie finiszujemy z zajęciami szkoły rodzenia. Wybraliśmy taką, która działa w szpitalu, w którym chciałabym urodzić. Razem z nami "studiuje" siedem innych par. I na początek opowieści śmiesznostka: spośród ośmiu par, tylko jedna spodziewa się dziewczynki;-) Co za zmaskulinizowany świat;-) Ale do brzegu: pierwsze cztery zajęcia poprowadziła położna i miały one nas przygotować do porodu. Na początku, wiadomo- teoria ciążowa. Potem zajęliśmy się już konkretami: etapami porodu, jak się do niego przygotować, jak korzystać prawidłowo z pozycji wertykalnych, na co się przygotować jadąc do szpitala, co ze sobą zabrać, a co jest zupełnie nieprzydatne.  Jednym zdaniem, same niezbędne informacje. Na trzecich zajęciach zawędrowaliśmy na porodówkę. Towarzyszyły nam efekty dźwiękowe, bo akurat w tym czasie na świat przychodziło dziecko:-) Zobaczyliśmy sale poporodowe, salę porodową i salę neonatologiczną. Powiem szczerze: myślałam, że to zrobi na mnie większe wrażenie jako na przyszłej mamie, a poczułam się po prostu jak na chirurgii, gdy mi wyrostek wycinali. Jedynie łóżko porodowe, lampa do nagrzewania dziecka i inkubatory mówiły o tym, że właśnie tu dzieje się największy cud świata. Ale przynajmniej już się oswoiłam z miejscem, które potem będę wspominać. Hitem zajęć był za to masaż krocza;-) Dostaliśmy do ćwiczeń gumowo-galaretowaty fantom miejsc intymnych i położna pokazała nam tak rozciągać te okolice w tygodniach przed porodem, by już podczas akcji krocze nie pękło i nie musiało być nacinane. Ile frajdy taki widok dał panom;-)! Mąż do teraz na pytania, co robimy w szkole, opowiada na początku właśnie o tych ćwiczeniach. W ogóle, to cieszę się, że mąż się mocno zaangażował, choć jest to dla niego bardzo problemowe. Kończy pracę o 17, migiem wraca do domu, by zjeść obiad, a już na 18 jedziemy do akademii. Zajęcia kończą się o 21, więc popołudnie i wieczór przepadają. Podczas zajęć, gdy leżymy tak wygodnie na workach sako czasami oko mu się przymknie, ale tam wszyscy panowie tak mają;-) Uczestniczy za to aktywnie w zadaniach- pomógł mi bardzo w stworzeniu planu dietetycznego, a od dwóch zajęć nawet mi imponuje:-) Bo po położnej grupę przejęła położna środowiskowa, która opowiada nam, jak zająć się dzieckiem. I okazało się, że mój ukochany o wiele lepiej radzi sobie ode mnie z przewijaniem i ubieraniem maleństwa:-) Kąpanie wychodziło mi całkiem dobrze, ale póki co mogę stwierdzić, że to żadna filozofia, więc nie mam się czym pochwalić;-) Tylko że na lalkach, nawet o idealnych wymiarach i ciężarze noworodka, wszystko idzie gładko. Gorzej będzie z żywym, wiercącym się maluszkiem. Ale już jakąś tam praktykę mamy za sobą, więc mam nadzieję, że nie będziemy aż tak zieloni;-) W przyszłym tygodniu dwa ostatnie zajęcia. I już mogę pokusić się o małe podsumowanie: akademia dała mi sporo pewności siebie. O wielu rzeczach nawet bym nie pomyślała, by je zgooglować. Tu wiedza była podana w przystępny sposób, kompleksowo. Poza tym, mąż miał okazję włączyć się do świata, który dotąd był światem tylko moim i Groszka. Obeznałam się i oswoiłam z niektórymi tematami, część faktów musiałam dopiero zaakceptować. I gdy panie pytają mnie, czy warto, z pewnością w głosie mówię: WARTO!

Jest jeszcze jeden powód mojego milczenia- w ubiegłym tygodniu w pracy przygotowywałam się do urlopu, który teraz trwa. Przygotowuję dom do świąt. Ostatnich w naszym dwuosobowym gronie:-) To dla mnie wyjątkowo ważne, by chłonąć te chwile przed momentem, gdy świat wywróci się do góry nogami;-) A dokładnie w tej chwili siedzę już prawie drugą godzinę po teście glukozy. Czuję się świetnie, a kobiety narzekające na ten płyn mocno przesadzają- czasami herbatę mocniej przesłodzę;-) Trzymajcie kciuki, by wyniki były dobre dla mnie i dla Groszka:-)!

niedziela, 6 kwietnia 2014

Groszek waży ponad pół kilograma!

Ten weekend wreszcie możemy spędzić w stu procentach w trójkę:-)! Wczoraj pospaliśmy do późna, a potem naciągnęłam męża na spacer do najlepszej lodziarni w mieście. Trzy gałki: o smaku śliwki w czekoladzie, kukułki i dakłasa, były prawdziwym niebem w gębie, więc moja zachcianka została maksymalnie zaspokojona;-) Nasza wędrówka po mieście trwała dwie godziny, więc solidnie się z Groszkiem dotleniliśmy. Niestety, po powrocie czekał mnie mały dramat. Pisałam już Wam, jak potraktowała mnie dentystka, która nie chciała zająć się zębem, w którym kruszy się plomba. W piątek wieczorem odpadł kolejny spory kawałek, co spowodowało okropny ból w nocy. Obudziłam się i nie poradziłam sobie z przeszywającym uczuciem wbijania szpilek w dziąsło. Po kilkudziesięciu minutach zmagań sięgnęłam jednak po Apap. Pomógł, więc przespałam spokojnie resztę nocy. Rano i podczas spaceru nie odczuwałam bólu, a dopiero wejście do domu spowodowało wzmożony atak, który wręcz wyciskał mi z oczu łzy. Nie chciałam się kolejny raz faszerować tabletkami, więc pojechałam na ostry dyżur stomatologiczny. Kolejny raz trafiłam na pożal się Boże "fachowca": starsza kobieta spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym " Czego tu szukasz, dziewczynko?" i gdy usiadłam na fotelu, zajrzała do buzi i orzekła: " Ja tu nic nie widzę, plomba jest ładnie zrobiona, a ten mały kawałek, co odpadł może aż tak boleć? Nie wierzę." Powiedziałam, że aż ryczałam z bólu i dopiero wtedy przyznała, że ten kawałek mógł odsłonić wrażliwe miejsce z nerwem, ale nic więcej oprócz włożenia lekarstwa zrobić nie może, bo ona nie jest tam od leczenia, a od doraźnej pomocy. Ok, nie ma problemu- jutro dzwonię do mojej pani doktor i niech ona zadziała. Wolę wydać pieniądze, ale wiedzieć, że będzie porządnie problem rozwiązany. Niestety, do teraz czuję też straszną nadwrażliwość kilku innych zębów po masakrycznym usuwaniu kamienia, ale na to raczej rady nie ma...Dobrze, że choć to lekarstwo włożone do plomby podziałało i przespałam już spokojnie dzisiejszą noc.
Tyle o mnie, teraz do rzeczy. W ubiegłym tygodniu byliśmy na kolejnej wizycie u gin. Dostałam niestety tabletki na polepszenie wyników krwi, bo spadająca hemoglobina i hematokryt trochę panią doktor zaniepokoiły. A Groszek? Tradycyjnie już, rośnie jak na drożdżach. Waży ok. 580 gram i pięknie się rozwija. Podczas badania ciągle ziewał. Jest słodki! Mój mały przystojniak:-)! Kolejne podglądanko na początku maja, ale wcześniej wybierzemy się na sławne badanie poziomu glukozy.
Jutro opowiem Wam o naszych pierwszych zajęciach w szkole rodzenia.

poniedziałek, 31 marca 2014

O groszkowych nieprzespanych nocach

Groszek jeszcze wypoczywa w moim brzuchu, a ja już doświadczam nieprzespanych nocy. Od kilku dni budzę się kilka razy tak zupełnie bez przyczyny i nie mogę zasnąć, choćbym tego bardzo pragnęła... I nie wiem, czy związek ma to z moim synem, czy sobie to pokrętne tylko tłumaczę. Za każdym bowiem razem, gdy otwieram oczy, czuję w brzuchu wielkie poruszenie. Może być oczywiście tak, że te jego figle mnie budzą, ale prawdopodobne jest też, że on budzi się, gdy czuje, że i ja się obudziłam. Co sądzicie na ten temat? Ja nie mam bladego pojęcia, jak to z naszymi nockami jest. Mam wielką nadzieję, że to jedynie przesilenie wiosenne i za kilka dni powrócę do mojego 8-godzinnego śpiochowania. Dziś kilka razy budziłam się na chwilę, ale od 4 do 5.20 trwała bezsenna pustka. Myśli kłębiły mi się w głowie, a próby przegnania ich liczeniem od 100 do zera spełzły na niczym...
A teraz z innej beczki. Wczoraj wykorzystaliśmy piękną pogodę i wybraliśmy się na rekonesans działkowy. Mąż dostał od teściowej wskazówki, co musi teraz zrobić, by przywrócić ład i porządek w każdym zakamarku;-) Coś czuję, że od maja będziemy tam częstymi gośćmi- przez dwie godziny leniuchowania wypoczęłam tam jak w dobrym spa. A gdy rozpocznie się sezon grillowy, dopiero wtedy zatęsknię za jabłkowym Reddsem;-)

piątek, 28 marca 2014

Dentystka-sadystka

Niestety, stare jak świat powiedzenie, że każdy dentysta to sadysta znalazło potwierdzenie w działaniach pani "stomatolog", do której wczoraj trafiłam. Po przyjściu do gabinetu pani była bardzo miła, rozmowna, ale do czasu, gdy wyciągnęłam kartę przebiegu ciąży i spojrzała na mnie z politowaniem "To pani jest w ciąży... A leczy się pani u mojego męża?". Gdy odpowiedziałam jej, że chodzę do innego ginekologa i dlatego, że spodziewam się dziecka chciałam skorzystać z leczenia w ramach NFZ, jej humor gdzieś prysł. Kazała mi się położyć na fotelu ustawionym już w pozycji leżącej, co oczywiście sprawiło mi problemy. Gdy zajrzała mi do buzi, zrobiła przegląd zębów. Naliczyła aż siedem ubytków (niecały rok temu miałam jedynie trzy, więc nie wiem na ile jej wierzyć, a na ile stan moich zębów naprawdę się pogorszył przez ten czas) i stwierdziła "No dobrze, to zaczniemy od usunięcia kamienia, bo to przysługuje w ramach NFZ raz na rok". Oczywiście myliła się, bo kobiety w ciąży mogą co 6 miesięcy korzystać z tego zabiegu - tak przynajmniej wyczytałam na stronie funduszu. No i zabrała się do roboty...Bez krztyny delikatności jeździła mi po zębach mocno wjeżdżając też na dziąsła i nawet język. Gdy czułam ból i dawałam jej to do zrozumienia, ona kwitowała moje odruchy słowami "Jeszcze tu, jeszcze tu". Kazała mi wypluć zawartość buzi, jednak zapomniała nalać mi wody do kubeczka i przypomniało jej się dopiero, gdy wycierałam usta chusteczką: wyplułam tyle krwi, że aż pociekła mi po brodzie. Kiedy udało mi się doprowadzić do ładu, ona ze zdziwioną miną dlaczego się ponownie kładę powiedziała: "Na dzisiaj to wszystko", a ja w szoku zapytałam ją, co z plombą, która się rozsypuje i do której dostaje się pokarm. Zapytała "A w którym zębie?" - to dokumentuje, z jaką "dokładnością" zrobiła mi przegląd. Pokazałam jej górną szóstkę, a ona na to: "A boli?". Odparłam, że nie. Więc ona stwierdziła, że w takim razie rozsypująca się plomba może poczekać jeszcze kilka dni. Pytam więc dalej: co uda mi się zrobić na NFZ? A ona na to, że wszystko, tylko plomby będą złej jakości. Chciałam więc się dowiedzieć ile musiałabym dopłacić do lepszej jakościowo. Odparła, że 120 zł. Zdębiałam i dopytałam, czy za jedną, czy za wszystkie, a ona na to wyraźnie rozbawiona: "No za jedną". Podziękowałam i wyszłam. Widzę, że kobieta chce mnie naciągnąć. Część pracy przecież wykona w ramach świadczenia NFZ - chodzi o leczenie jednokanałowe. Tylko wypełnienie będzie usługą można powiedzieć prywatną. Dlaczego więc zażądała tyle, ile moja dotychczasowa "prywatna" pani stomatolog za całą wizytę z naprawą zęba i dobrej jakości wypełnieniem termoutwardzalnym? Eh, wyszłam skonsternowana i przygnębiona. Człowiek pracuje po to, by mieć ubezpieczenie zdrowotne, a u głupiego dentysty jest traktowany jak ktoś gorszej kategorii, bo chce mieć coś za darmo. Coś, co mu się należy jak psu miska patrząc na to, ile miesięcznie odciągane jest z pensji właśnie na NFZ. Na kolejną wizytę umówiłam się do innej stomatolog. Jeśli i ona tak mnie zawiedzie, trudno. Złamię się i wrócę do mojej "prywatnej" pani doktor.      

środa, 26 marca 2014

Gdy mama pracuje, Groszek się nie nudzi

Oj, wieki całe tu nie zaglądałam! A wszystko przez to, że przyszła wreszcie wiosna i mam urwanie głowy w pracy. Dodatkowo, powolutku już przygotowuję się do dłuższego wypoczynku, więc staram się porządkować ważne sprawy. Zaczęłam od porządku na biurku i wyrzucenia tysiąca niepotrzebnych papierów;-) Nie będzie mnie w firmie pewnie przez rok, więc chciałabym się nie wstydzić, jeśli ktoś chwilowo wprowadzi się do mego gabinetu;-) Dziś trochę jeszcze przeraża mnie myśl, że nie będę pracować tak długi czas, ale pewnie jak już rozpocznę moje najdłuższe w życiu "wakacje", nawet nie poczuję, kiedy ten czas minie. Od maja rozpocznie się bowiem szał zakupowy, syndrom wicia gniazda i te sprawy;-) A co po urodzeniu, to wiadomo: jazda bez trzymanki! Póki co, gdy mama sobie sprząta, Groszek dzielnie jej towarzyszy. Zazwyczaj właśnie wtedy się budzi i przypomina o sobie kopniakami, które już są widoczne nawet przez brzuszek. Śmiesznie to wygląda:-) Można już też wywnioskować godziny, w okolicach których można spodziewać się tych pieszczot;-) W ciągu dnia bywa jeszcze różnie, ale pewne jest, że około 15 i 23 Groszek o sobie przypomni.

Jutro wybieram się do dentysty. Stwierdziłam, że skoro kobiety w ciąży obejmuje leczenie na NFZ, to czemu mam z tego nie skorzystać...Pewnie okaże się, że za darmo dostanę niewiele i to kiepskiej jakości, więc przygotowuję się na dopłatę z własnej kieszeni. Mam jednak nadzieję, że uporządkuję temat stanu mojego uzębienia, który niestety w ciąży widocznie się pogorszył...Mówi się, że każda ciąża zabiera jeden ząb. Nie chcę dopuścić do takiej sytuacji, więc działam za wczasu. Życzcie mi, bym nie zwiała z fotela;-)

wtorek, 18 marca 2014

Groszek w 22. tygodniu:)

Eh, wczoraj byłam tak przepełniona emocjami, że wieczorem padłam ze zmęczenia i nie zdążyłam się Wam pochwalić, jakiego dużego synka mamy:D Popołudniu pojechaliśmy na umówioną wizytę u specjalisty. Moja pani gin wysłała mnie do niego, bo jest ponoć najlepszy w mieście jeśli chodzi o wczesne wykrywanie wszelkiego rodzaju problemów. Weszliśmy do gabinetu, doktor był na oko po 50-tce i z przemiłym uśmiechem nas przywitał. Zabraliśmy się od razu do dzieła. Położyłam się na kozetce, on posmarował mi brzuszek żelem i zaczął się spektakl:D Na ekranie pojawił się Groszek w pełnej krasie. Lekarz od razu aż zawołał, że kawał chłopa z tego naszego synka, po czym przeszedł do opowieści na temat anatomicznej budowy Groszka. Rozpoczął od głowy. Pokazał nam półkule mózgu i powiedział, że tu żadnych anomalii nie widzi. Główka ma też prawidłowy rozmiar, więc ryzyko takich chorób jak wodogłowie zostało na szczęście wyeliminowane. Potem pokazał nam oczodoły, nosek i podniebienie. Rozszczepów brak. Potem przeszliśmy do serduszka z prawidłowo wykształconymi komorami. Po raz pierwszy usłyszałam bicie serduszka Groszka. Popłakałam się ze szczęścia! Co innego zobaczyć bijące serduszko, a co innego je usłyszeć. Cud!!! Dalej przeszliśmy do żołądka, który wypełniony był wodami płodowymi, a to oznacza, że układ pokarmowy odpowiednio się rozwija. Nerki nie miały żadnych narośli, co ponoć często już na tym etapie widać. Pominę zręcznie temat przyrodzenia naszego synka, ale wszystko i tam jak najbardziej ok;) Przeszliśmy do nóg. Stópki słodko Groszek zakładał na siebie, jakby wypoczywał na gorącej plaży. Pan doktor ocenił, że wszystko w porządku- nie występuje koślawość czy końsko-szpotawość. Obmierzył jeszcze kości i wszelkie obwody. Maluszek waży ok. 450 g i ma ok. 19 cm w wymiarze CRL. Najśmieszniejszy był moment, gdy pan doktor z powagą opowiada o tej całej anatomii, a tu nagle pojawiła się u małego czkawka i cały podskakiwał:D Niestety, łobuziak przez cały czas był źle ułożony i do tego zasłaniał twarz rączką, więc nie było mowy o nagraniu filmu 4D. Następnym razem mam wpaść do pana doktora w 30. tygodniu, więc jeśli się poszczęści, to może wtedy się uda. Na płycie dostaliśmy za to film z przebiegiem całego usg, więc możemy już się rodzinie pochwalić i opowiedzieć, co na ekranie widać. Najważniejsze, że z Groszkiem wszystko dobrze. Jestem przeszczęśliwa!     

piątek, 14 marca 2014

Sprawa brzucha - szczęśliwe zakończenie:)

Chyba wpadłam na to, co mogło się wywoływać moją wysypkę. Wczoraj wieczorem przestałam zupełnie smarować brzuch kremami, tylko regularnie przemywałam go zwykłą wodą. Efekt? Przespałam spokojnie całą noc, wysypka przestała być czerwona, a dziś przez cały dzień mam spokój ze swędzeniem. Najprawdopodobniej zbyt dużą ilość oliwki wsmarowywałam w brzuch przeciwko rozstępom i skóra sobie nie poradziła. Teraz odczekam jeszcze kilka dni nim wrócę do dbania o brak rozstępów i oczywiście zrezygnuję z oliwki-przejdę do łagodniejszego kremu. Używałam go od początku ciąży i krzywdy mi nie zrobił, a kilkanaście dni temu kupiłam z tej samej rossmanowskiej serii oliwkę, ale jak widać-wyszła mi bokiem, a precyzyjniej- brzuchem;) Jeszcze do lipca pewnie wiele rzeczy mnie zaskoczy, ale na szczęście ta przygoda zakończyła się happy endem.

czwartek, 13 marca 2014

Ratunku!!!Swędzi mnie brzuch!!!

Wczoraj wieczorem ni stąd, ni zowąd pojawił się na moim brzuchu uśmiech. Niestety, nie jest to nic przyjemnego, a po prostu czerwona wysypka, która umiejscowiona jest pod pępkiem od lewej do prawej strony i na wysokości pępka właśnie się kończąca. Co więcej, swędzi to niemiłosiernie. Od razu wypiłam wapno, które zawsze mi pomagało przy alergiach i posmarowałam te miejsca dodatkowo moją oliwką. Niestety, nic nie pomogło. W nocy budziłam się kilka razy. W ciągu dnia na szczęście, gdy zapominałam o czerwonej wysypce na brzuchu, swędzenie ustawało. Poczytałam sobie, że takie stany są w ciąży naturalne przy rozciągającej się skórze. Trochę się martwię. Wiem, że to nie może być cholestaza czy inne straszne ustrojstwo, ale mimo wszystko to pojawiło się tak nagle, że nie wiem, co o tym myśleć. Postanowiłam, że jeszcze dziś dam sobie czas na reakcję organizmu, ale jeśli jutro nadal będzie tak swędzieć, to zadzwonię do gin. Jeśli ona mnie uspokoi, to ok. A jak powie, że mam reagować, to zadziałam. Trzymajcie kciuki, by jutro rano było już po kłopocie;)

środa, 12 marca 2014

Mamuśka ześwirowała

Z moich przedbożonarodzeniowych wpisów wiecie, że jestem fanką świąt. Dlatego choć do Wielkanocy jeszcze mnóstwo czasu, w mojej głowie już zapanowała odpowiednia atmosfera:) Wiem, wiem- ześwirowałam;-)
 Zaplanowałam już nawet i omówiłam z rodziną, jak ten czas ma wyglądać. Śniadanie zjem razem z mężem, teściową i szwagierką, a w poniedziałek pojedziemy do moich rodziców na obiad. Logistycznie posiłek będzie mi łatwiej przygotować niż na Wigilię, bo do wykarmienia są tylko cztery osoby-nie dziesięć:) Już się nie mogę doczekać tego czasu! Uwielbiam obrzędy Wielkiego Tygodnia i oczywiście tradycyjnie już nie odmówię sobie chodzenia codziennie do kościoła na nabożeństwa. Nie jestem osobą przesadnie religijną, ale ten czas nieodłącznie kojarzy mi się właśnie  z duchowymi przeżyciami. Na cały Wielki Tydzień zaklepałam już sobie wolne, więc będę miała czas na niespieszne sprzątanie, gotowanie i właśnie na wprowadzanie się w klimat i sens Wielkanocy. W sobotę oczywiście pójdziemy z mężem do kościoła z koszyczkiem. On zawsze śmieje się ze mnie, bo u niego w domu święconka składała się jedynie z jajka, kawałka szynki, chleba i soli. A ja wkładam tam cały stół:D Musi być baranek z masła, babeczka, czekoladowy kurczaczek, chrzan, pieczone mięso, biała kiełbasa, pomarańcz, ocet, a nawet galart :D Oczywiście chleb, sól i jajko to podstawa. Sami widzicie, że przy takim ekwipunku, nasz koszyk musi być bardzo obszerny;) Stroję go gałązkami bukszpanu i białą serwetą. Zawartość po poświęceniu ląduje na talerzu i w niedzielę jest podstawą śniadania. Rozpisałam się na temat moich zwyczajów, a przecież na bieżąco będę Wam zdawać relację m.in. z pieczenia mazurka, który od kilku lat jest moim popisowym wypiekiem:) Tymczasem już wczoraj sprawdziłam, co z moją drewnianą foremką do baranka z masła. Kupiłam ją dwa lata temu przez internet i chyba się zepsuła. Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, bo drewno lekko się wygięło i dwie części nie przylegają do siebie tak idealnie. W ubiegłym roku miałam przez to mały problem, bo baranek wyszedł krzywy. Niestety-przez rok nic się nie zmieniło;) Zamówię więc w najbliższym czasie jeszcze jedną foremkę, bo kosztuje niewiele-z przesyłką do 20 zł, a przynajmniej się nie namęczę.
Przestaję Was już nękać moją przedświąteczną gorączką;) Czas wrócić do przyziemnych spraw takich jak obiad czy sprzątanie...A Groszek ma dziś chyba dzień relaksu i tylko ok. 12 dał o sobie znać.