Łączna liczba wyświetleń

środa, 18 czerwca 2014

2400 groszkowych gramów

Kolejna wizyta u pani doktor za nami:-) I same dobre wiadomości! Moja szyjka trzyma się dzielnie. Odgięła się do tylu, ale jej długość pozwala przewidywać, że maluch nie spieszy się na ten świat i przyszłe tygodnie jeszcze spędzi w moim brzuchu. Podczas usg Groszek pił słodko wodę. Wyglądał jak mała rybka;-) Niestety, jest trochę przyciśnięty twarzą do łożyska i martwię się, by nie miał noska jak kartofel przez to, ale pani doktor uspokajała nas, że jak mu będzie bardzo źle, to sam się przesunie. Wszystkie narządy pięknie się rozwijają. Nasz synek waży już wg różnych programów 2300-2400 g. Obstawiam więc, że Groszek po porodzie będzie ważył ok. 3500 g. Zobaczymy, czy moje przeczucie się sprawdzi;-) Wciąż nie tyję, ale gin stwierdziła, że widać już tak zostanie do końca ciąży, że to w małego będę inwestować. Dostałam jedynie tabletki z żelazem powolnego uwalniania, by podciągnąć trochę wyniki, bo poniżej normy mam hemoglobinę, hematokryt i erytrocyty. Żelazo spada, ale na początku ciąży miałam go za dużo, więc teraz jest w granicach dolnej normy i lepiej, by już tak zostało i by zahamować dalszy spadek.
W piątek dotarł wózek. Jest rewelacyjny tak na sucho. Zobaczymy, czy sprawdzi się także w praniu;-)  W sobotę natomiast ruszyliśmy na objazd po mieście. Wpadliśmy do trzech sklepów. Rezultat: kupione łóżeczko, pościel, prześcieradło, ręcznik z kapturkiem, koszula nocna dla mnie, pampersy, termometr do wody, czapeczka, oliwka, koc, kołdra i poduszka. Czyli łącznie z internetowymi zakupami, na które czekam, zdecydowaną większość na liście mogłam już odhaczyć;-) dziś zamówiliśmy materac. Biłam się z myślami, jaki wybrać. Gryka odpada- za dużo naczytałam się o robakach, pleśni i innych "gratisach". Kokos odpada, bo za twardy. Lateks odpada, bo za drogi i może uczulać. Zatrzymaliśmy się na takim z pianki wysokoplastycznej o właściwościach antyalergicznych firmy Hilding. Nie chcę już myśleć, czy dobrze zrobiliśmy. Ten temat w mojej głowie uważam za zamknięty- nic już teraz przecież nie zmienię.
Przez internet kupiłam też koszulę do porodu. Ma po bokach guziczki ułatwiające karmienie i słodkie dwie żyrafki. W szkole rodzenia poradzili nam, by nie inwestować za dużo w taką koszulę, bo po porodzie czasami bywa, że nadaje się do wyrzucenia. Zapłaciłam więc łącznie z przesyłką 22 zł;-) A na potem kupiłam w sobotę koszulę nocną zdecydowanie lepszej jakości i bardziej elegancką. Ma również system ułatwiający karmienie- dwie klapki w miejscu piersi.
Teraz muszę jeszcze wybrać się do apteki po Octenisept, Bepanthen, sól fizjologiczną, jałowe gaziki. Z wanienką się wstrzymamy do ostatniej chwili. Mamy niezbyt duże mieszkanie, więc chcemy je zagracić jak najpóźniej;-) Dyskutujemy też wciąż o przewijaku. Z zakupem laktatora też się wstrzymuję- wzięłam udział w jednym konkursie i mam cichą nadzieję, że ten przyrząd trafi właśnie do mnie. Jednym zdaniem: daję sobie czas do końca czerwca, by całkowicie skompletować wyprawkę:-)
A tak wyglądamy w 35. tygodniu:-)


środa, 11 czerwca 2014

Lepiej późno niż wcale, czyli o kompletowaniu wyprawki

Mija ósmy miesiąc, a my wciąż nieprzygotowani na przyjęcie nowego domownika...Maj dał mi się we znaki i upłynął nie tak, jak sobie to zaplanowałam...Zączęliśmy więc gorączkowo szykować Groszkowi wyprawkę. Budzę się codziennie z myślą, by mój synek zechciał jeszcze trochę pobyć w brzuszku, ale rzeczywistości nie da się zaklinać w nieskończoność. Pierwsze zakupy poczynione: w Biedronce znalazłam mięciutki kocyk i w promocji płyn Lovela do prania ubranek, a w Rossmannie w megapromocji czteropak chusteczek do higieny. Kupiłam więc dwa. A dziś zamówiliśmy Groszkowi brykę:-D



Bryka pochodzi z firmy Dorjan i jest modelem prestige 2 dreamer. Ma same super oceny mamusiek w internecie, a inny model tej samej firmy miałam okazję obejrzeć w sklepie. Świetnie się prowadzi, jest lekki, całkowicie rozkładalny, wygodny we wpinaniu, można używać go tyłem i przodem do kierunku jazdy, a to, co mi się najbardziej podoba, to możliwość przedłużenia budki i dzięki temu Groszek będzie dokładniej chroniony przed słońcem i wiatrem. Zamówiliśmy wersję 3 w 1. Ma dotrzeć do nas w piątek.
A w sobotę umówiliśmy się z mężem na rajd po sklepach w poszukiwaniu łóżeczka i reszty całego wyprawkowego bałaganu.
Dziś zrobiłam dokładną listę i będę odhaczać zakupione elementy. Proszę tylko o poradę: zatrzymałam się przy rożku lub otulaczu. Co doradzacie kupić, co Wam się bardziej przydało?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Groszek nie pozna już swojej prababci:-(

W niedzielę 1 czerwca o godzinie 21.15 przestało bić serduszko mojej babci. Minął tydzień, a ja nadal nie jestem w stanie w to uwierzyć...

Miało być inaczej...Szykowaliśmy się do wyjścia babci ze szpitala. W niedzielę podczas rodzinnego obiadu obmyślaliśmy, jak poukładać teraz nasze życie. Że wynajmiemy opiekunkę, która raz w tygodniu będzie się babcią zajmować. Że wypożyczymy przeciwodleżynowe łóżko, bo babcia się nie poruszała. Że pielęgniarka będzie przychodzić, by babcię nakarmić sondą. Pojechałyśmy wieczorem z mamą do szpitala. Babcia tak pięknie wyglądała! Była spokojna, patrzyła na nas, jednak dużo spała. Około 19.30 pożegnaliśmy się z nią. Podeszłam do niej, pocałowałem w czoło i powiedziałam: do widzenia! Jutro przyjdę na dłużej. Odpowiedziała: Do widzenia!

Około 21.40 zabrzmiał mój telefon. Dzwonił mój brat, który mieszka z rodzicami. Przeczuwałam, że o tej porze dzwoni w ważnej sprawie. Gdy usłyszałam w słuchawce złą wiadomość, rozpłakałam się jak dziecko. Jak to??? Przecież niecałe dwie godziny temu wszystko było dobrze! Przecież obiecałam, że zobaczymy się następnego dnia!

Okazało się, że w jednej sekundzie serduszko babci przestało bić. Tak po prostu, po cichu. Niczego więc nie czuła, zasnęła spokojnie.

Nie mogłam powstrzymać rozpaczy. Byłam z babcią bardzo zżyta. Wychowała mnie praktycznie, bo rodzice pracowali. Wiedziałam, że nie powstrzymam płaczu, nawet gdy będę tego bardzo chciała.
Groszek zrozumiał. Oczywiście, udzieliły mu się moje emocje i też dla niego starałam się opanować i zasnąć. Następnego dnia czekało nas przygotowywanie pogrzebu. Nie chciałam i nie mogłam zostawić mamy. Szpital, urząd miasta, kościół, zakład pogrzebowy, sala na stypę. I ten przejmujący smutek.

Groszek przez ten cały czas był moim wsparciem. Myślałam o nim: by mu nie zrobić krzywdy, by wytrwał ten koszmarny okres. Prababcia bardzo na niego czekała. Dopytywała o niego. Tym bardziej nie chciałaby, aby stało się coś złego.

W czwartek babcia spoczęła na cmentarzu. [*]

wtorek, 27 maja 2014

Wyjazdy Groszka

Już Wam wspominałam, że na początku maja wybraliśmy się w podróż do Warszawy. Wtedy ja kierowałam. Ten miesiąc przyniósł nam jednak więcej okazji do odwiedzenia stolicy. 9 maja bowiem pojechaliśmy na obchody rocznicy powstania firmy mojego męża. Mój A. został nawet kapitanem drużyny piłki nożnej. Zjechali się pracownicy różnych oddziałów i rywalizacja była zawzięta. Razem z Groszkiem kibicowaliśmy tatusiowi, który strzelił dwa gole, a jego drużyna zajęła wspaniałe 9.miejsce na ponad 30 ekip:-) Na szczęście, na miejsce i do domu dotarliśmy wynajętym przez firmę busem, więc mogłam się swobodnie wyspać.  W hotelu raczono nas przez dwa dni wspaniałym śniadaniem. Mogłam się wybrać na zakupy i spacer, a wieczorem pierwszego dnia pizza razem z piłkarzami. Drugiego dnia firma męża zafundowała nam bilety do teatru. Spektakl teatru Capitol z Widawską i Grabowskim był naprawdę śmieszny. Polecam! Wieczorem poszliśmy na bal, który de facto był piknikiem z dobrym jedzeniem z grilla i koncertem zespołu T.Love. Ja najczęściej stałam przy stoliku z owocami- kocham arbuzowy sezon! Ach, fajnie było tak wypocząć:-)
Trzecia w maju okazja wyjazdu do Warszawy przytrafiła się w ubiegły czwartek: przyjaciel reżyser zaprosił nas na premierę swojego nowego filmu. Tym razem wybraliśmy jako sposób transportu Polski Bus. I to był strzał w dziesiątkę! Klimatyzacja, sporo miejsca dla siebie, brak przystanków na trasie. Przespałam znowu całą drogę;-) I tylko pogoda dała mi się we znaki...Przez upał nie miałam czym oddychać. Na miejscu mieliśmy zarezerwowany pokój w hostelu. Dzięki temu po premierze, bankiecie i spotkaniu w klubie, około trzeciej mogłam spokojnie położyć się do łóżka i dać Groszkowi odpocząć. W piątek przed powrotem do domu wybraliśmy się z mężem na romantyczne śniadanie na ulicę Francuską i na spacer do parku Skaryszewskiego. Piękne otoczenie i mnóstwo tlenu:-)
Jak te wszystkie moje wojaże zniósł Groszek? Wspaniałe! Był bardzo grzeczny i wszędzie budził wielkie zainteresowanie. Teraz już spokojnie będziemy czekać na poród, a te wyjazdy potraktowaliśmy jak wakacje, których w tym roku raczej mieć nie będziemy. Trzeba w końcu przecież zabrać się za kupno całej wyprawki...
Wczoraj byliśmy na wizycie u pani gin. Groszek pięknie się rozwija, pierwszy raz podczas usg spokojnie spał. Trochę gorzej z moimi wynikami. Dostałam receptę na tabletki z żelazem i witaminami. Niestety, mój brak przybierania na wadze coraz mocniej odbija się na moim zdrowiu. Ale dobijam do czterech kg na plusie;-)
A jutro czeka mnie kolejna wizyta u dentysty i warsztaty "Świadoma mama".

wtorek, 20 maja 2014

A tak wygląda Groszek w 31. tygodniu:-D

Szalony dzień za nami, ale teraz uśmiecham się od ucha do ucha:-D Byliśmy na usg prenatalnym. Nasz synek jest zdrowy i waży już 1720 g:-) No i najważniejsze- widzieliśmy naszego Syneczka w trójwymiarze! Jest śliczny! Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że ma nosek po tatusiu;-) Wiem, wiem- zdjęcie zdjęciem, a rzeczywistość swoją drogą;-) Groszek pił sobie spokojnie wodę, więc policzki miał słodko wypchane jak chomik;-) Rozwija się w idealnym tempie i kalendarzowy termin porodu według pana doktora potwierdza się-okolice 27 lipca. A oto nasz Groszek:-D :


czwartek, 15 maja 2014

30. tydzień mija

Dzisiaj krótko. U nas wszystko świetnie, tylko prababcia Groszka z rozległym udarem w ciężkim stanie trafiła na intensywną terapię:-( Dużo czasu spędzam więc w szpitalu, by odciążyć mamę, która jest przy babci prawie non-stop. W kość dała mi się też jeszcze praca-w ubiegłym tygodniu praktycznie codziennie musiałam coś robić. Ten tydzień jest troszkę spokojniejszy- w ciągu dnia staramy się znaleźć choć chwilkę na drzemkę. Za nami także kolejne wizyty u dentystki. Jeszcze dwa spotkania i leczenie będzie zakończone. Tylko wydałam na nie już ponad 1000 zł:-( No ale cóż- przynajmniej wiem, że wszystko jest porządnie zrobione. Z wyprawką niestety jeszcze w ogóle nie ruszyliśmy. Przez ostatnie spore wydatki dentystyczno-lekarsko-wyjazdowe musimy poczekać do czerwca...30. tydzień biegnie, a my jeszcze w rozsypce. Mam nadzieję, że Groszek poczeka aż wszystko będzie przygotowane na jego przyjęcie;-) W przyszły wtorek czeka nas kolejne prenatalne i kto wie, może uda się nagrać film 4d;-) nie nastawiamy się jednak, bo dotąd nasz syn mozolnie się przed nami ukrywał podczas usg. A, z ważniejszych spraw- prawie dojechałem do czterech kilogramów na plusie, więc to już jakiś postęp:-)
Do usłyszenia niebawem!

wtorek, 6 maja 2014

Groszek wypoczywa

W końcu! Od wczoraj jestem na zwolnieniu lekarskim. Ostatnie dni kwietnia mocno mnie wymęczyły- zdawanie obowiązków jest trudniejsze niż codzienna praca. Ale w środę pożegnałam się na kilka miesięcy z kolegami i ruszyłam radośnie do domu. Czwartek spędziliśmy na działce i rozpoczęliśmy sezon grillowy. Rośliny pięknie kwitną, szczególnie tulipany przywiezione kilka lat temu z Holandii, magnolia i jabłoń, której opadające płatki wyglądają jak śnieg. Bajka! W piątek zrobiłam coś szalonego, co dziś jest moim delikatnym wyrzutem sumienia. Pojechaliśmy z mężem i moim tatą w prawie 300-kilometrową podróż samochodem. Ja kierowałam...O ile droga do Warszawy minęła migiem, to powrót dał mi się już mocno we znaki. Nawet nie przyznałam się mężowi, że gdy weszliśmy do domu byłam wprost wykończona...Bolał mnie kręgosłup, a nogi  odpadały i były jak kłody. Groszek dzielnie wszystko zniósł, ale nie pomyślałam nawet, że o ile ja sobie dam radę, to on będzie można powiedzieć zgnieciony w moim brzuchu przez sześć godzin jazdy bez możliwości przekręcenia się. W sobotę starałam się odpocząć, ale mąż się rozchorował i leżał w łóżku, więc jako przykładna żona opiekowałam się nim. W niedzielę teściowa miała urodziny, więc wybraliśmy się do niej na obiad. No i nadszedł wreszcie poniedziałek;-) mój organizm  zareagował na pierwszy dzień zwolnienia zaskakująco: zazwyczaj w weekendy, choć mogę pospać ile dusza zapragnie, budzę się najpóźniej o 9. A tu proszę, razem z Groszkiem obudziliśmy się o godzinie 11:-) Chyba odchorowaliśmy piątkowy wyjazd;-) Wielkie przedporodowe wakacje uczciliśmy potem zakupami- póki co mamusiowymi, bo kompletnie nie mam już w czym chodzić. Do szafy trafiły dwie bluzki. Po powrocie ze sklepu staraliśmy się ogarnąć dom, ale ten dzień był zbyt leniwy i jakoś słabo nam to poszło;-)  A wieczorem ponownie szliśmy do teściowej na obiad- tym razem imieninowy. I tak minął pierwszy dzień groszkowego wypoczynku.
Właśnie- co do Groszka, to u niego wszystko wspaniale. Na początku 28. tygodnia ważył 960 g i pięknie się rozwija. Szyjka, cytuję panią gin, piękna, więc sobie tak teraz poczekamy aż Groszkowi się znudzą brzuszkowe warunki lokalowe;-) A te już coraz ciaśniejsze- kopanie daje się już nieźle we znaki;-) Ale to jedna z najsłodszych rzeczy, która mi się dotąd w życiu przytrafiła, a więc kop, Syneczku, ile wlezie;-)!




niedziela, 27 kwietnia 2014

Tak wyglądaliśmy w 27. tygodniu ciąży


Eh, kolejny tydzień przepadł tak szybko, jak co miesiąc wypłata... News, który Wam wiszę od Wielkiego Piątku: nie mam cukrzycy, wyniki są wręcz wzorcowe:-) Skorzystaliśmy więc z tego w święta- objadłam się mazurkiem własnej roboty z kajmakiem, a do teraz dojadam słodkiego zajączka, który w tym roku jak na złość był bardzo bogaty;-) W sobotę poszliśmy do kościoła z koszyczkiem. Była piękna pogoda, więc aż chciało się iść na dłuższy spacer, ale trzeba było dalej działać w kuchni. Śniadanie wielkanocne przygotowałam z wielkim zaangażowaniem i aż sama byłam z siebie dumna;-) Żurek, bigos, sałatka, dwa rodzaje pieczonych mięs, jajka faszerowane, galart, biała, szynka, jaja gotowane, a na deser wspomniany już mazurek i babka, które sama upiekłam. W niedzielę o 6 byliśmy na rezurekcji. Uwielbiam tę mszę- jest taka doniosła, a jednocześnie ożywcza. Szybko się skończyła, więc miałam sporo czasu na przygotowanie stołu. Siadaliśmy do niego wraz z mężem, teściową i szwagierką około 11. Niestety, przez otwarte w pokoju okno wszystko, co było ciepłe, szybko wystygło, a zimny żurek i bigos to nic dobrego. Bigos odgrzałam, ale żurku z jajkiem się nie dało, więc każdy zjadł po kilka łyżek i na tym koniec. Moja wina- mogłam poczekać z podaniem gorących potraw do chwili, gdy już podzielimy się jajeczkiem...Ale cały posiłek upłynął w miłej atmosferze. Zjadłam oczywiście najwięcej z wszystkich;-) Po kawie wybraliśmy się na cmentarz i zastała nas tam burza. Szybko wróciliśmy więc do stołu;-) A już w poniedziałek śniadanie u teściowej, obiad i kawa u moich rodziców i tak święta minęły, że nie zdążyłam się nimi nacieszyć...
Od wtorku powrót do rzeczywistości: praca. Już nie mogę doczekać się maja. Siedzenie przed komputerem sprawia mi już coraz większy problem. Nie poruszam się już też jak sarenka...Teraz przez ostatnie trzy dni będę obdzielać innych moimi obowiązkami, ale już niestety padły kłopotliwe dla  mnie pytania, czy nawet na zwolnieniu, nie popracowałabym trochę w domu. Niestety, nie mogłam odmówić. Nie będę miała zastępcy, więc jeśli tylko będę w stanie, pomogę z kanapy.  
A teraz czas pochwalić się, jak wyglądałem tydzień temu, czyli na początku 27. tygodnia:-)





czwartek, 17 kwietnia 2014

Szkoła rodzenia nas pochłonęła

Blog poszedł na zbyt długo w odstawkę, ale mam porządne wyjaśnienie: już w zasadzie finiszujemy z zajęciami szkoły rodzenia. Wybraliśmy taką, która działa w szpitalu, w którym chciałabym urodzić. Razem z nami "studiuje" siedem innych par. I na początek opowieści śmiesznostka: spośród ośmiu par, tylko jedna spodziewa się dziewczynki;-) Co za zmaskulinizowany świat;-) Ale do brzegu: pierwsze cztery zajęcia poprowadziła położna i miały one nas przygotować do porodu. Na początku, wiadomo- teoria ciążowa. Potem zajęliśmy się już konkretami: etapami porodu, jak się do niego przygotować, jak korzystać prawidłowo z pozycji wertykalnych, na co się przygotować jadąc do szpitala, co ze sobą zabrać, a co jest zupełnie nieprzydatne.  Jednym zdaniem, same niezbędne informacje. Na trzecich zajęciach zawędrowaliśmy na porodówkę. Towarzyszyły nam efekty dźwiękowe, bo akurat w tym czasie na świat przychodziło dziecko:-) Zobaczyliśmy sale poporodowe, salę porodową i salę neonatologiczną. Powiem szczerze: myślałam, że to zrobi na mnie większe wrażenie jako na przyszłej mamie, a poczułam się po prostu jak na chirurgii, gdy mi wyrostek wycinali. Jedynie łóżko porodowe, lampa do nagrzewania dziecka i inkubatory mówiły o tym, że właśnie tu dzieje się największy cud świata. Ale przynajmniej już się oswoiłam z miejscem, które potem będę wspominać. Hitem zajęć był za to masaż krocza;-) Dostaliśmy do ćwiczeń gumowo-galaretowaty fantom miejsc intymnych i położna pokazała nam tak rozciągać te okolice w tygodniach przed porodem, by już podczas akcji krocze nie pękło i nie musiało być nacinane. Ile frajdy taki widok dał panom;-)! Mąż do teraz na pytania, co robimy w szkole, opowiada na początku właśnie o tych ćwiczeniach. W ogóle, to cieszę się, że mąż się mocno zaangażował, choć jest to dla niego bardzo problemowe. Kończy pracę o 17, migiem wraca do domu, by zjeść obiad, a już na 18 jedziemy do akademii. Zajęcia kończą się o 21, więc popołudnie i wieczór przepadają. Podczas zajęć, gdy leżymy tak wygodnie na workach sako czasami oko mu się przymknie, ale tam wszyscy panowie tak mają;-) Uczestniczy za to aktywnie w zadaniach- pomógł mi bardzo w stworzeniu planu dietetycznego, a od dwóch zajęć nawet mi imponuje:-) Bo po położnej grupę przejęła położna środowiskowa, która opowiada nam, jak zająć się dzieckiem. I okazało się, że mój ukochany o wiele lepiej radzi sobie ode mnie z przewijaniem i ubieraniem maleństwa:-) Kąpanie wychodziło mi całkiem dobrze, ale póki co mogę stwierdzić, że to żadna filozofia, więc nie mam się czym pochwalić;-) Tylko że na lalkach, nawet o idealnych wymiarach i ciężarze noworodka, wszystko idzie gładko. Gorzej będzie z żywym, wiercącym się maluszkiem. Ale już jakąś tam praktykę mamy za sobą, więc mam nadzieję, że nie będziemy aż tak zieloni;-) W przyszłym tygodniu dwa ostatnie zajęcia. I już mogę pokusić się o małe podsumowanie: akademia dała mi sporo pewności siebie. O wielu rzeczach nawet bym nie pomyślała, by je zgooglować. Tu wiedza była podana w przystępny sposób, kompleksowo. Poza tym, mąż miał okazję włączyć się do świata, który dotąd był światem tylko moim i Groszka. Obeznałam się i oswoiłam z niektórymi tematami, część faktów musiałam dopiero zaakceptować. I gdy panie pytają mnie, czy warto, z pewnością w głosie mówię: WARTO!

Jest jeszcze jeden powód mojego milczenia- w ubiegłym tygodniu w pracy przygotowywałam się do urlopu, który teraz trwa. Przygotowuję dom do świąt. Ostatnich w naszym dwuosobowym gronie:-) To dla mnie wyjątkowo ważne, by chłonąć te chwile przed momentem, gdy świat wywróci się do góry nogami;-) A dokładnie w tej chwili siedzę już prawie drugą godzinę po teście glukozy. Czuję się świetnie, a kobiety narzekające na ten płyn mocno przesadzają- czasami herbatę mocniej przesłodzę;-) Trzymajcie kciuki, by wyniki były dobre dla mnie i dla Groszka:-)!

niedziela, 6 kwietnia 2014

Groszek waży ponad pół kilograma!

Ten weekend wreszcie możemy spędzić w stu procentach w trójkę:-)! Wczoraj pospaliśmy do późna, a potem naciągnęłam męża na spacer do najlepszej lodziarni w mieście. Trzy gałki: o smaku śliwki w czekoladzie, kukułki i dakłasa, były prawdziwym niebem w gębie, więc moja zachcianka została maksymalnie zaspokojona;-) Nasza wędrówka po mieście trwała dwie godziny, więc solidnie się z Groszkiem dotleniliśmy. Niestety, po powrocie czekał mnie mały dramat. Pisałam już Wam, jak potraktowała mnie dentystka, która nie chciała zająć się zębem, w którym kruszy się plomba. W piątek wieczorem odpadł kolejny spory kawałek, co spowodowało okropny ból w nocy. Obudziłam się i nie poradziłam sobie z przeszywającym uczuciem wbijania szpilek w dziąsło. Po kilkudziesięciu minutach zmagań sięgnęłam jednak po Apap. Pomógł, więc przespałam spokojnie resztę nocy. Rano i podczas spaceru nie odczuwałam bólu, a dopiero wejście do domu spowodowało wzmożony atak, który wręcz wyciskał mi z oczu łzy. Nie chciałam się kolejny raz faszerować tabletkami, więc pojechałam na ostry dyżur stomatologiczny. Kolejny raz trafiłam na pożal się Boże "fachowca": starsza kobieta spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym " Czego tu szukasz, dziewczynko?" i gdy usiadłam na fotelu, zajrzała do buzi i orzekła: " Ja tu nic nie widzę, plomba jest ładnie zrobiona, a ten mały kawałek, co odpadł może aż tak boleć? Nie wierzę." Powiedziałam, że aż ryczałam z bólu i dopiero wtedy przyznała, że ten kawałek mógł odsłonić wrażliwe miejsce z nerwem, ale nic więcej oprócz włożenia lekarstwa zrobić nie może, bo ona nie jest tam od leczenia, a od doraźnej pomocy. Ok, nie ma problemu- jutro dzwonię do mojej pani doktor i niech ona zadziała. Wolę wydać pieniądze, ale wiedzieć, że będzie porządnie problem rozwiązany. Niestety, do teraz czuję też straszną nadwrażliwość kilku innych zębów po masakrycznym usuwaniu kamienia, ale na to raczej rady nie ma...Dobrze, że choć to lekarstwo włożone do plomby podziałało i przespałam już spokojnie dzisiejszą noc.
Tyle o mnie, teraz do rzeczy. W ubiegłym tygodniu byliśmy na kolejnej wizycie u gin. Dostałam niestety tabletki na polepszenie wyników krwi, bo spadająca hemoglobina i hematokryt trochę panią doktor zaniepokoiły. A Groszek? Tradycyjnie już, rośnie jak na drożdżach. Waży ok. 580 gram i pięknie się rozwija. Podczas badania ciągle ziewał. Jest słodki! Mój mały przystojniak:-)! Kolejne podglądanko na początku maja, ale wcześniej wybierzemy się na sławne badanie poziomu glukozy.
Jutro opowiem Wam o naszych pierwszych zajęciach w szkole rodzenia.