Z okazji pierwszej miesięcznicy Mikołaja kilka myśli niepoukładanych:-)
- Miki waży ok. 4 kg 200 i przybiera dziennie ok. 60 g
- żółtaczka trzyma się dzielnie oczu i uszu
- byliśmy na usg jamy brzusznej. Mały byłgrzeczniutki, choć musieliśmy czekać na wejście ok.godz. Zaczął płakać,co zrozumiałe, dopiero, gdy pan od usg kleksnął nabrzuszek zimny żel. A wynik? Wszystko w porządku z nerkami i wątrobą- w szpitalu raczej panikowali
- znaleźliśmy sposób na udane spacery. Amerykański smoczek jednak jest pomocny. Choć Miko nie potrafi go sam utrzymać w buzi,to gdy przytrzymamy gokocykiem, staje się uspokajaczem i często pozwala zasnąć małemu. Możemy już spacerować nawet godzinę:-) aż mały nie zgłodnieje;-)
- od poniedziałku trwa skok rozwojowy. Miki nie śpi w dzień ani w nocy i ciągle wisi przy piersi. Jest marudny i nawet na minutę nie pozwala się odłożyć do łóżeczka. Nie mam więc szans na spokojny prysznic czy śniadanie. Wszystko biegiem. A taki stan połączył się niestety z problemami brzuszkowymi. Na szczęście tonie kołki, ale problemy z gazami. Efekt? Mały co jakiś czas pręży się i z wysiłkiem na twarzy próbuje prutnąć. Tak go to trudzi, że czasami zaczyna popłakiwać. Kupiłam Sab Simplex, ale boję się go używać regularnie, więc zastosowałamgo jedynie trzy razy. Spektakularnej poprawynie ma jak dotąd, tylko chwilowa. Położna twierdzi, że to przez to, że moje mleko straciło efekt przeczyszczający i układ małego musi sam przejąć jego zadanie, a to może potrwać kilka tygodni...Czyli czeka nas ciężki czas po relaksującym pierwszym miesiącu. Za mną pierwsza w większości nieprzespana noc.
- trwa też okres odwiedzin znajomych i rodziny. Miki powiększył sobie jeszcze garderobę;-)
- pierwsze chustowanie mi nie wyszło- Miko znalazł się na dole brzucha i raczej nie było mu zbyt wygodnie...Jutro drugie podejście.
- mój mąż wrócił do pracy i tydzień z powodu opisanego wyżej dał mi się nieźle we znaki. Chciałabym, aby mąż był z nami codziennie przez cały czas- jego pomoc jest nieocenioną! Poza tym, mijamy się. Gdy wraca wieczorem szybki obiad, wieczorny spacer, kąpiel małego i się żegnamy- po 20 idę już z małym spać. Miko wciąż nie chce spać przez całą noc u siebie.gdy więc koło 21-22usypia w swoim łóżeczku, ja zasypiam też, bo wiem, ze przez nocne pobudki nie będę w stanie odpocząć choć przez 5 godz. Mąż jest nocnym Markiem, więc kładzie się koło 3, gdy ja albo śpię, albo karmię. Rano w ferworze przygotowań męża do pracy tym bardziej nie spędzamy razem czasu. Już nie mogę się doczekać aż mały zacznie przesypiać noce w swoim łóżeczku...
- mały coraz więcej czasu spędza na obserwacji- moja twarz przyciąga jego uwagę, a karuzelka zamontowana na łóżeczku zajmuje go na kilkanaście minut. To oczywiście stan rzeczy obowiązujący do ubiegłej niedzieli...Teraz nic już nie jest w stanie go zainteresować poza piersią...
- kocham nasz wózek!
- nie potrafię już sobie wyobrazić życia bez naszego Mikołajka.
Za nami oczekiwanie na narodziny synka. Pojawił się na świecie 22 lipca 2014. Zapraszam do lektury opowieści o perypetiach Groszka i jego rodziców:)
Łączna liczba wyświetleń
piątek, 22 sierpnia 2014
wtorek, 12 sierpnia 2014
Groszek na wyjazdowych występach
Mój mąż ma dwa tygodnie urlopu. Jeden tydzień już za nami. Wykorzystaliśmy go na normalne życie. Postanowiliśmy, że nie zamkniemy się w domu z powodu narodzin dziecka. Pojechaliśmy więc już na pierwsze zakupy do marketu, razem udaliśmy się do ubezpieczyciela, w piątek wpadliśmyna godzinę na urodziny do znajomej. A całą sobotę spędziliśmy na działce. Miki spał jak zabity w wózku,a ja miałam czas na relaks. Wczoraj pojechaliśmy na zaległe urodzinowe prawdziwe hamburgery. Usiedliśmy w letnim ogródku, postawiliśmy nosidełko obok nas i patrzyliśmy jakGroszek słodko śpi, gdy my wcinamy. Potem wizyta u mojego brata, który wczoraj obchodził urodziny. Mały całą wizytę przespał;-) Haj lajf! Okazuje się, że póki co Mikołaj jest tak grzeczniutki, że nie musimy z niczego rezygnować. To sprawia, że nie czujemy zmęczenia czy rutyny. Pewnie, że są słabsze chwile- po przespanej sobocie niedziela była dniem wiszenia przy cycu, ale kilka takich dni na całe trzy tygodnie (tak, dziś tyle kończy nasz synek;-)) to żaden problem.
Za nami wizyta patronażowa u pediatry: 3555 g, żółtaczka nadal trzyma, wszystko pozostałe w porządku:-) Czyli idzie jak z płatka.
A czy pisałam już, że Miko jest już odkikutowanym chłopcem? To stało się w piątek. Rano podczas spania w naszym łóżku kikut po prostu sam odpadł i dobrze, że go znalazłam- zostawiliśmy go sobie na pamiątkę;-) gdyby odpadł w ciągu dnia, moglibyśmy go gdzieś zgubić, bo Groszek w takie upały nosi jedynie pieluszkę.
Za chwilę wizyta położnej.
Za nami wizyta patronażowa u pediatry: 3555 g, żółtaczka nadal trzyma, wszystko pozostałe w porządku:-) Czyli idzie jak z płatka.
A czy pisałam już, że Miko jest już odkikutowanym chłopcem? To stało się w piątek. Rano podczas spania w naszym łóżku kikut po prostu sam odpadł i dobrze, że go znalazłam- zostawiliśmy go sobie na pamiątkę;-) gdyby odpadł w ciągu dnia, moglibyśmy go gdzieś zgubić, bo Groszek w takie upały nosi jedynie pieluszkę.
Za chwilę wizyta położnej.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Groszek aniołek
Minął na szczęście czas bejbi bluesa i moje emocje, odczucia i wrażenia nie maja już ciemnych barw. Dziś obiektywnie mogę stwierdzić: mam synka aniołka:-) W dzień dużo śpi, więc mogę dużo zrobić i dla domu, i dla siebie. Mikołaj praktycznie nie płacze- tylko gdy ma mokro, jest głodny lub mu za ciepło. A, i w jeszcze jednej sytuacji: nie lubi spacerów w gondoli... Podczas dwóch pierwszych półgodzinnych zaczął wyć dopiero pod blokiem, ale wczoraj płakał od początku i dopiero,gdy usiadłam na ławce w parku i go nakarmiłam, chwilę przejechał w ciszy, po czym znowu ryk...Zamówiłam smoczek smoothie, może on uratuje nasze spacery...Innym Miko pluje na odległość. Za radą położnej zrezygnowałam z namolnych prób usypiania dziecka i na siłę wkładania go do jego łóżeczka. Położna twierdzi, że mały ma zbyt silną potrzebę mojej bliskości i przyjdzie czas, gdy sama ustanie i pozwoli się odkładać. A póki co ma spać z nami, więc też tak robimy. Efekt? Tylko dwie pobudki w nocy z powodu mokrej pieluchy. On się wysypia, ja też w miarę dobrze śpię. Rano budzimy się o ósmej i karmieniem rozpoczynamy dzień. On potem sobie chwilę sam leży w łóżeczku i zajmuje się sobą, a ja mam czas na prysznic i poranną toaletę. I tak nam mijają dzień za dniem:-) Czuję, że jest coraz lepiej. Odnajduję się w macierzyństwie coraz bardziej i widzę je w pozytywnych barwach. Uczymy się siebie. Kocham go całą sobą, choć na początku miałam momenty, gdy nie potrafiłam przyswoić myśli, że ten mały szkrab zmienił już nasze życie o 180 stopni. A teraz każdy mimowolny uśmiech Mikołaja sprawia,źe dzień jest wspaniały. A nawet, gdy dziś mnie znowu obsikał, uśmiechnęłam się. Bo przecież jest nam razem tak dobrze! Gdy słucham opowieści innych mam, że dziecko ciągle płacze, że nie chce spać, to myślę sobie, że mam cudownego synka:-) zobaczymy, co będzie dalej, ale aż chcę krzyknąć: chwilo trwaj!
A teraz trochę faktów- Miko pięknie przybiera na wadze- dziennie ok. 30 g. We wtorek ważył 3290. Kikut nadal się dzielnie trzyma. Żółtaczka już prawie zniknęła. W poniedziałek wizyta patronażowa u pediatry.
Wczoraj byliśmy na zakupach w markecie, mały przespał je w nosidełku. Dziś jedziemy na inne zakupy i załatwić sprawę pieniędzy z mojego ubezpieczenia za urodzenie dziecka. Popołudniu wizyty gości.
A teraz trochę faktów- Miko pięknie przybiera na wadze- dziennie ok. 30 g. We wtorek ważył 3290. Kikut nadal się dzielnie trzyma. Żółtaczka już prawie zniknęła. W poniedziałek wizyta patronażowa u pediatry.
Wczoraj byliśmy na zakupach w markecie, mały przespał je w nosidełku. Dziś jedziemy na inne zakupy i załatwić sprawę pieniędzy z mojego ubezpieczenia za urodzenie dziecka. Popołudniu wizyty gości.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Mikołaj nie chce spać!
Zaczęło się w sobotę po porodzie. Mały cały dzień wisiał przy piersi, spał odłożony do łóźeczka 10-15 minut. Po kąpieli wieczorem zasnął na szczęście szybko, obudził się o 23, potem jeszcze o 2 i już rano. W niedzielę powtórka z rozrywki...To samo w poniedziałek...Zrozumiałam, że mały po prostu tak reaguje na upały i nie będzie spał w dzień. Cieszyłam się za to, że dał nam wypocząć w nocy. Przerażały mnie wizje tego, że najbliższe tygodnie spędzę w jednym miejscu tylko karmiąc i przebierając malucha. Dopadł mnie bejbi blues. We wtorek przyszła położna. Ściągnęła mi szwy- wyłam z bólu, bo tak szybko się zagoiłam, że kilka zdążyło wrosnąć. Kazała trzymać Mikiego tylko w pieluszce. Wszystko według niej było w jak najlepszym porządku- mały pięknie przybiera, ja migiem dochodzę do siebie. Środa upłynęła identycznie- może jedna jednogodzinna sesja snu się pojawiła, Uff! Wieczorem tradycyjnie już zrobiliśmy kąpiel. Małemu z całego ciałka schodziła skórka. Nasmarowaliśmy ją oliwką Nivea. Potem karmienie i usypianie. O zgrozo, około północy mały zrobił się cały czerwony- nie dał się dotknąć i płakał niemiłosiernie. Nie wiedziałam, co robić- włożyłem dziecko do wanienki i umyłem, ale on nadal płakał. Już mieliśmy jechać do szpitala, ale pismarowałam go całego bepanthenem i włożyłem w otulacz, by nie trzeba było go ubierać, dałam tacie, bym mogła ubrać buty i...cisza:-) udało sie małego uspokoić i w tym otulaczu spędził przy mnie noc śpiąc grzecznie aż do rana. W czwartek i piątek bez zmian- maksymalnie godzina przespana w dzień. W sobotę przełom! Miki poczuł chyba obecność taty i pospaliśmy w dzień kilka godzin ciurkiem. Ucieszyło mnie to, bo wreszcie mogłam mieć chwilę czasu dla siebie. Pomyłam naczynia, umyłem włosy, zrobiłam pranie, wzięłam prysznic, zjadłam w spokoju obiad. A wieczorem pierwszy spacer!Wyjechaliśmy gondolką dookoła osiedla. Podróż trwała pół godziny i mały cały czas obserwował otoczenie. Zakwilił dopiero pod blokiem. Niestety, ktoś nam potem podmieniłem dziecko. Po kąpieli Miki nie dał się uśpić. U nas rytuał jest taki: kąpiel, jedzonko i spać. Tej nocy karmienie, przebieranie pieluchy i próba odłożenia do łóźeczka trwały dwie godziny. I nic! Dopiero gdy zmęczona położyłam się do łóżka z małym, on zasnął. Potem odłożyłam go do jego łóżeczka. Budził się co godzinę. Nad ranem miałam dość, znów go zabrałam do siebie- wygrał;-) w niedzielę pospaliśmy więc razem do 9. Potem zmiana pieluchy, karmienie i wizyta prababci. Mały po jedzeniu usnął snem kamiennym i znowu przespał praktycznie cały dzień. W nocy powtórka z rozrywki z soboty,z tym, że nie chciałam go już brać do siebie. Po dwugodzinnym usypianiu zasnął o 23, obudził się o 2.30 i od tej pory było tak: ja dwie godziny sypiam, on niecałą śpi. I tak aż do 7. Znów wygrał. Pospaliśmy przy nas do 8.30, gdy tatuś musiał wstawać do pracy. Niewyspany na maksa. Dziś nie powtórzyłam błędu ostatnich dni. Pozwoliłam Mikiemu pospać do 16, a teraz utrzymuję go w czuwaniu. Może gdy się zmęczy, prześpi spokojnie noc i ureguluje sobie sen, by nie było tak, że tylko jedną porę dnia uważa za tę, gdy trzeba pospać. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Trzymajcie za nas kciuki, bo z dwojga złego, to ja już wolę przesypiać noce niż mieć spokojne dnie;-)
Pytania do Was:
- czy pozwalałyście Waszym maluchom spać w Waszym łóżku?
- jeśli tak, to do jakiego momentu?
Pytania do Was:
- czy pozwalałyście Waszym maluchom spać w Waszym łóżku?
- jeśli tak, to do jakiego momentu?
sobota, 2 sierpnia 2014
Wspomnienia porodowe
Eh, ten tydzień minął tak szybko, że jeszcze nie zdążyłam opowiedzieć o tym, jak to się stało, że nasz synek jest już z nami od jedenastu dni.
Było tak.
Jeszcze w sobotę dwa tygodnie temu byliśmy na grillu u znajomych. Niedzielę przesiedziałem w domu, mąż pracował. W poniedziałek wieczorem pojechaliśmy do przyjaciół. Posiedzieliśmy tam do 21. Czułam się świetnie. Mogłam wreszcie po długim czasie zobaczyć chrześniaka męża, za którym przepadam.
Na wtorek zaplanowałam badania- mocz i morfologia. Ok. 6.30 wstałam do toalety i zapomniałam, że powinnam zapełnić kubeczek:-) Powiedziałam do siebie, trudno- pójdę tylko oddać krew, a w środę zaniosę mocz. Położyłam się do łóżka. Mąż musiał wstać do pracy chwilę przed 7. Chwilę po 7 przekręciłam się z pleców na lewy bok, poczułam ukłucie w podbrzuszu i nagle zrobiło mi się ciepło i mokro w majtkach. Poderwałam się z łóżka jak opatrzona do wanny. Leciało i leciało, i leciało. Mąż szybko musiał załatwić zastępstwo na swój dyźur, ja w tym czasie starałam się ubrać z lecącą po nogach wodą. Po porannej toalecie ruszyłam do kuchni zrobić sobie kanapkę, jak to radzono nam w szkole rodzenia. Drugą zrobiłam dla męża. Oczywiście, z nerwów zjadłam tylko pół. Szybko zadzwoniłam po taksówkę. Tuź po 7.30 byliśmy w szpitalu. Najpierw trafiłam do sali, gdzie podłączony mi ktg i sprawdzano, czy mam czynność skurczową. Niestety, nic nie czułam. Pielęgniarka przyjmująca nas stwierdziła, że maluch usnął i mam przełożyć się na prawy bok. Dopiero wtedy poczułam pierwsze baaaaardzo delikatne skurcze. Po kilkunastu minutach trafiłam do izby przyjęć. Tam bardzo dokładnie mnie o wszystko wypytywano, włącznie z tym, w którym roku życia miałam wycięty wyrostek. Ze zdenerwowania nie mogłam szybko policzyć, więc rzuciłam pierwszą cyfrę około której mogłam mieć tę operację. Dziś wiem, że pomyliłam się wtedy;-) Pytano także o mój i męża zawód, status materialny...
Po kilkudziesięciu minutach do gabinetu weszła moja pani gin, która szczęśliwie tego dnia miała dyżur. Zbadała mnie i stwierdziła, że szyjka jest dość krótka, ale miękka jedynie w 95 proc. (Cokolwiek to mogło oznaczać;-)). Powiedziała, że wszystko ok, ale wolno się rozkręca akcja, a to niezbyt dobrze. Po jej wyjściu pobrano mi krew i przebrałam się w koszulę do porodu. Mąż czekał cały czas za drzwiami. Gdy wyszłam, poszliśmy już prosto na porodówkę. Dostaliśmy nawet dwie sale do wyboru, ale po zwiedzania w szkole rodzenia od razu wiedziałam, którą wybrać, bo ostatnio wyremontowano w niej łazienkę. Miała też podwójny fotel do masażu, piłkę, nowoczesne łóżko, worek sako. Słowem, wszystko, co mogło mi się przydać.Była godzina 9. Od razu wskoczyłam na piłkę. Za chwilę przyszła położna, która miała z nami rodzić. Uśmiechnęłam się na jej widok, bo nie mogłam lepiej trafić! Pani Gosia jest znana z tego, że jest cudownym fachowcem i osobą. Uśmiechnięta, spokojna, rzeczowo odpowiadająca na głupie nawet pytania, a przede wszystkim z poczuciem humoru, co rozładowywało napięcie podczas płynących godzin. Pierwsza dyspozycja: prysznic w cieplej wodzie i czopki rozkurczowe. W tym czasie mój mąż musiał wyjść na chwilę do pracy, a że ma do szpitala żabci skok, byłam spokojna. Po drodze miał zjeść śniadanie ( zjadł dwa pączki i lody;-)Mój łasuch!) . Posiedziałam pod prysznicem z pół godziny, poskakałam na piłce, a mąż w tym czasie wrócił. Poczułam mocniejsze skurcze, ale położna zapowiedziała, że jak do 13 akcja się nie rozkręci, dostanę oksytocynę. Zaparłem się, że jeśli się da, nie chcę jej. Wiedziałam, że po niej bóle są takie, że gryzie się ścianę. Około 12 miałam zaledwie 3 cm rozwarcia. I skakałam na piłce, i siedziałam długo pod prysznicem. Mąż wykorzystał zaletę dwuosobowego fotela do masażu kręgosłupa i smacznie sobie na nim zasnął. Około godz. 14 skurcze miałam już co 5 minut, ale rozwarcie nie postępowało. Skurcze nie były też bardzo bolesne. Pani Gosia stwierdziła, że naprawdę zacznę rodzić, gdy mnie usłyszy na korytarzu. Około 15 doszliśmy do ściany. Mnie skurcze coraz bardziej bolały, bo niestety, były to skurcze krzyżowe- ponoć najboleśniejsze z tych jeszcze mało bolesnych. Tylko prysznic jako tako pomagał. Ale jeszcze nie krzyczałem;-) wreszcie zmądrzałam. Pimyślałam, że i tak, i tak będzie bolało, a perspektywa kolejnych godzin z takimi tępymi nicniedającymi bólami była okrutna. Poprosiłam jednak o oksytocynę. Dostałam ją przed 16. I nagle wszystko się zaczęło! W godzinę zaczęłam krzyczeć z bólu, gryźć łóżko i prysznic już nic nie dawał. Ok. 17 było już pełne rozwarcie. Gdy poczułam parcie na pęcherz, położono mnie na łóżku i akcja się zaczęła! Nogi do siebie, trzymać ręce pod kolanami, w szczycie przeć i przyciągnąć brodę do klatki. Pani Gosia rzuciła: jeszcze kolkanaście minut i będzie po wszystkim. Nie mogłam w to uwierzyć!no i zaczęłam przeć. Wszystko szło sprawnie, nawet miałam okazję dotknąć wychodzącą główkę. I nagle coś się zacięło. Parłam i parłam, nic. Poczułam szczypanie. Pomyślałam, że to już. Niestety, jeszcze trochę musiałam się pomęczyć. W końcu pojawiła się główka i Groszek przyszedł na świat. Była 17.26. Przeraziłam się, bo gdy tak położna przenosiła mi na brzuch maluszka, on przez kilkanaście sekund nie zakwilił. Krzykrznęłam do niego: płacz, płacz! Wtedy wydał z siebie pierwszy głos i od razu mi ulżyło! Potem tatuś przeciął pępowinę, Groszek trafił na stół obok na ważenie,mierzenie i pierwsze badanie. A dla mnie zaczął się kolejnyból, którego się nie spodziewałam. Okazało się, choć dopiero z wypisu, że mały miał owinięte pępowiną szyjkę i bark, więc główka przez to niechciała wyjść i mocno popękałam. Nie było czasu na nacinanie. Gdy powinnam cieszyć się moim synem, płakać ze szczęścia, ja czułam ból szycia. Osiem szwów spowodowało, że zamiast korzystać z pierwszych chwil macierzyństwa, myślałam o czymś zupełnie innym. Groszek dostał 10 punktów. Gdy wrócił do mnie po kilkunastu minutach na pierwsze karmienie, nie wiem, jak to zrobiłam- to było takie naturalne!Od razu zaczął pięknie ssać zgodnie z wytycznymi ze szkoły rodzenia. Po karmieniu zabrali go od razu na usg, bo podejrzewano powiększoną wątrobę i jakieś problemy zukładem moczowym. I z dwóch obowiązkowych dla mnie pierwszych godzin zrobiła się niecała godzina. Ale chciałam wiedzieć o wszystkim jak najprędzej, więc nie mam pretensji. Syn z usg pojechał prosto na salę poporodową. Tam nim nie wstałam zajął się nim dzielny tatuś. Jeszcze chwilę musiałam czekać na przyjście pielęgniarki i jak gejsza podreptałem do dziecka. Od rana rezerwowałam jedynkę, jednak nie zwolniło się tam miejsce i trafiłam na towarzyszkę z dzień starszym synem, Tomaszem. Asia udzieliła mi pierwszych rad, bo urodziła trzecie już dziecko. I to jakie-o wadze 4700! Swoją drogą, teżpękła i miała tylko jeden szew więcej;-) pierwsze wspólne chwile spędziliśmy głównie na wpatrywaniu się w Mikołajka, który słodko spał. Ja miałam czas na prysznic, a dumny tata czuwał nad swoim syneczkiem. Gdy poszedł, rozpoczęła się trudna noc. Okazało się, że moja towarzyszka chrapie jak ruski czołg, jej syn co chwilę płacze żądając jedzenia, a mnie potwornie boli krocze. Dostałam dwie tabletki paracetamolu. Pomogły na pół godziny. Około 3 mały zaczął płakać. Ledwo co podniosłam się z łóżka, by go wziąć w ramiona. Położyłam go obok siebie, nakarmiłam na leżąco i tak dotrwaliśmy do 5, gdy na oddziale zrobił się ruch. Spałam więc z trzy godziny, ale adrenalina sprawiła, że nie czułam się wcale zmęczona. Od rana kolejne badania, szczepienia, obchód. Po śniadaniu pielęgniarka przyszła z nowiną, że zwolniła się jedynka i czy chcę się przenieść. Jasne, że chciałam! Od razu z wszystkimi bambetlami pojechałam do sali, gdzie mogłam wreszcie poczuć się swobodnie. Około 12 przyszedł mąż. Potem zawitali jeszcze moi rodzice, brat, siostra męża i teściowa. Zachwytom nie było końca! Młody dostał pierwszego misia od wujka i ubranka od dziadków. Cały dzień mi upłynął na leżeniu i karmieniu. Tatuś mógł wziąć pierwszy raz synka na ręce. Nie było to dla niego łatwe wyzwanie;-) przyszły też wieści na temat zdrowia Mikołajka- wątroba jest rzeczywiście nieco powiększona, ale bez dramatu. O układzie moczowym lekarz nawet nie wspomniał, więc podejrzenia się raczej nie potwierdziły. Tym bardziej, że Groszek siusiał normalnie. Mąż popołudniu dość szybko wrócił do domu skręcać łóżeczko. Ja przygotowałam się do odespania trudów porodu. Najpierw było bardzo dobrze. Miki dał mi odpocząć do 23. I przyszedł mały kryzys. Karmiłam go od tamtej pory do pierwszej w nocy i co chciałam go włożyć do wózeczka, on zaczynał płakać. O 1 przyszła pielęgniarka sprawdzić, jak sobie radzę. Gdy opowiedziałam jej o poprzednich 2 godzinach stwierdziła, że mały nie jest głodny, a potrzebuje bliskości. Położyła mi go do łóżka, Miki possał dwie minutki i zasnął. Tak dotrwaliśmy do rana. Podczas obchodu usłyszałam, że ładnie i szybko się goję, więc możemy już dziś wyjść do domu, tylko musimy poczekać do 17.26, by pobrać małemu krew do badań genetycznych. Ok, nie było problemu! Mąż tego dnia chciał zrobić pępkowe, bo myślał, że do piątku mnie przetrzymają, więc ostatecznie zamiast do domu zaprosił kolegów do pubu. O 18 byliśmy gotowi do wyjścia. Mąż przyjechał z moim tatą i nosidełkiem. Ubrałam małego, ale pierwsza próba włożenia go do nosidła pokazała, że za grubo. Od razu płacz. Zdjęłam mu więc spodnie i od razu sukces! Pożegnaliśmy się, zabraliśmy tobołki i poszliśmy w stronę wind. Mały zaciekawiony rozglądał się grzecznie. Od razu wpadł w oko pielęgniarce, która jechała z nami windą;-) jeszcze tylko przypięcie nosidełka pasami i w drogę! Mały ani razu nie zakwękał. Gdy weszliśmy do mieszkania, ha stole czekały kwiaty, a w pokoju małego łóżeczko. Póki Miki był grzeczny, posiedział jeszcze w nosidełku. Potem karmienie i usnął snem kamiennym. Trzy godziny spał bez przerwy! Zdążyłam się umyć, rozpakować, zrobić w domu porządek na błysk, umówić się z P położną środowiskową na wizytę kolejnego dnia i odpocząć. Tatuś w tym czasie opijał swój skarb. O 23 jeszcze karmienie godzinne i znowu sen. Przed pierwszą zmiana pieluchy i kolejna faza snu. Tym razem to ja pierwsza obudziłam się po 5 i zaniepokoiłam, że mały śpi za długo bez karmienia. Nie wybudzając go podałem mu pierś, a gdy o 6 skończył śniadanie, pospaliśmy jeszcze prawie do 10. Sobota minęła leniwie. Za nami pierwsza kąpiel. Niestety, nasz synek nie przepada za nią. O ile pluskanie go nie przeraża, tylko denerwuje- nie chce dać myć paszek czy nóżek, o tyle wyciąganie go z wanienki i osuszanie to już ryk na cały blok. Podobnie z przewijaniem- nie znosi go! Kolejna noc upłynęła spokojnie. Po kąpieli o 21 sen, o 23 karmienie godzinne, potem jeszcze pobudka o 4 i o 8 pobudka. A kolejny wpis nie będzie już tak różowy: moje dziecko nie chce spać w dzień!
Było tak.
Jeszcze w sobotę dwa tygodnie temu byliśmy na grillu u znajomych. Niedzielę przesiedziałem w domu, mąż pracował. W poniedziałek wieczorem pojechaliśmy do przyjaciół. Posiedzieliśmy tam do 21. Czułam się świetnie. Mogłam wreszcie po długim czasie zobaczyć chrześniaka męża, za którym przepadam.
Na wtorek zaplanowałam badania- mocz i morfologia. Ok. 6.30 wstałam do toalety i zapomniałam, że powinnam zapełnić kubeczek:-) Powiedziałam do siebie, trudno- pójdę tylko oddać krew, a w środę zaniosę mocz. Położyłam się do łóżka. Mąż musiał wstać do pracy chwilę przed 7. Chwilę po 7 przekręciłam się z pleców na lewy bok, poczułam ukłucie w podbrzuszu i nagle zrobiło mi się ciepło i mokro w majtkach. Poderwałam się z łóżka jak opatrzona do wanny. Leciało i leciało, i leciało. Mąż szybko musiał załatwić zastępstwo na swój dyźur, ja w tym czasie starałam się ubrać z lecącą po nogach wodą. Po porannej toalecie ruszyłam do kuchni zrobić sobie kanapkę, jak to radzono nam w szkole rodzenia. Drugą zrobiłam dla męża. Oczywiście, z nerwów zjadłam tylko pół. Szybko zadzwoniłam po taksówkę. Tuź po 7.30 byliśmy w szpitalu. Najpierw trafiłam do sali, gdzie podłączony mi ktg i sprawdzano, czy mam czynność skurczową. Niestety, nic nie czułam. Pielęgniarka przyjmująca nas stwierdziła, że maluch usnął i mam przełożyć się na prawy bok. Dopiero wtedy poczułam pierwsze baaaaardzo delikatne skurcze. Po kilkunastu minutach trafiłam do izby przyjęć. Tam bardzo dokładnie mnie o wszystko wypytywano, włącznie z tym, w którym roku życia miałam wycięty wyrostek. Ze zdenerwowania nie mogłam szybko policzyć, więc rzuciłam pierwszą cyfrę około której mogłam mieć tę operację. Dziś wiem, że pomyliłam się wtedy;-) Pytano także o mój i męża zawód, status materialny...
Po kilkudziesięciu minutach do gabinetu weszła moja pani gin, która szczęśliwie tego dnia miała dyżur. Zbadała mnie i stwierdziła, że szyjka jest dość krótka, ale miękka jedynie w 95 proc. (Cokolwiek to mogło oznaczać;-)). Powiedziała, że wszystko ok, ale wolno się rozkręca akcja, a to niezbyt dobrze. Po jej wyjściu pobrano mi krew i przebrałam się w koszulę do porodu. Mąż czekał cały czas za drzwiami. Gdy wyszłam, poszliśmy już prosto na porodówkę. Dostaliśmy nawet dwie sale do wyboru, ale po zwiedzania w szkole rodzenia od razu wiedziałam, którą wybrać, bo ostatnio wyremontowano w niej łazienkę. Miała też podwójny fotel do masażu, piłkę, nowoczesne łóżko, worek sako. Słowem, wszystko, co mogło mi się przydać.Była godzina 9. Od razu wskoczyłam na piłkę. Za chwilę przyszła położna, która miała z nami rodzić. Uśmiechnęłam się na jej widok, bo nie mogłam lepiej trafić! Pani Gosia jest znana z tego, że jest cudownym fachowcem i osobą. Uśmiechnięta, spokojna, rzeczowo odpowiadająca na głupie nawet pytania, a przede wszystkim z poczuciem humoru, co rozładowywało napięcie podczas płynących godzin. Pierwsza dyspozycja: prysznic w cieplej wodzie i czopki rozkurczowe. W tym czasie mój mąż musiał wyjść na chwilę do pracy, a że ma do szpitala żabci skok, byłam spokojna. Po drodze miał zjeść śniadanie ( zjadł dwa pączki i lody;-)Mój łasuch!) . Posiedziałam pod prysznicem z pół godziny, poskakałam na piłce, a mąż w tym czasie wrócił. Poczułam mocniejsze skurcze, ale położna zapowiedziała, że jak do 13 akcja się nie rozkręci, dostanę oksytocynę. Zaparłem się, że jeśli się da, nie chcę jej. Wiedziałam, że po niej bóle są takie, że gryzie się ścianę. Około 12 miałam zaledwie 3 cm rozwarcia. I skakałam na piłce, i siedziałam długo pod prysznicem. Mąż wykorzystał zaletę dwuosobowego fotela do masażu kręgosłupa i smacznie sobie na nim zasnął. Około godz. 14 skurcze miałam już co 5 minut, ale rozwarcie nie postępowało. Skurcze nie były też bardzo bolesne. Pani Gosia stwierdziła, że naprawdę zacznę rodzić, gdy mnie usłyszy na korytarzu. Około 15 doszliśmy do ściany. Mnie skurcze coraz bardziej bolały, bo niestety, były to skurcze krzyżowe- ponoć najboleśniejsze z tych jeszcze mało bolesnych. Tylko prysznic jako tako pomagał. Ale jeszcze nie krzyczałem;-) wreszcie zmądrzałam. Pimyślałam, że i tak, i tak będzie bolało, a perspektywa kolejnych godzin z takimi tępymi nicniedającymi bólami była okrutna. Poprosiłam jednak o oksytocynę. Dostałam ją przed 16. I nagle wszystko się zaczęło! W godzinę zaczęłam krzyczeć z bólu, gryźć łóżko i prysznic już nic nie dawał. Ok. 17 było już pełne rozwarcie. Gdy poczułam parcie na pęcherz, położono mnie na łóżku i akcja się zaczęła! Nogi do siebie, trzymać ręce pod kolanami, w szczycie przeć i przyciągnąć brodę do klatki. Pani Gosia rzuciła: jeszcze kolkanaście minut i będzie po wszystkim. Nie mogłam w to uwierzyć!no i zaczęłam przeć. Wszystko szło sprawnie, nawet miałam okazję dotknąć wychodzącą główkę. I nagle coś się zacięło. Parłam i parłam, nic. Poczułam szczypanie. Pomyślałam, że to już. Niestety, jeszcze trochę musiałam się pomęczyć. W końcu pojawiła się główka i Groszek przyszedł na świat. Była 17.26. Przeraziłam się, bo gdy tak położna przenosiła mi na brzuch maluszka, on przez kilkanaście sekund nie zakwilił. Krzykrznęłam do niego: płacz, płacz! Wtedy wydał z siebie pierwszy głos i od razu mi ulżyło! Potem tatuś przeciął pępowinę, Groszek trafił na stół obok na ważenie,mierzenie i pierwsze badanie. A dla mnie zaczął się kolejnyból, którego się nie spodziewałam. Okazało się, choć dopiero z wypisu, że mały miał owinięte pępowiną szyjkę i bark, więc główka przez to niechciała wyjść i mocno popękałam. Nie było czasu na nacinanie. Gdy powinnam cieszyć się moim synem, płakać ze szczęścia, ja czułam ból szycia. Osiem szwów spowodowało, że zamiast korzystać z pierwszych chwil macierzyństwa, myślałam o czymś zupełnie innym. Groszek dostał 10 punktów. Gdy wrócił do mnie po kilkunastu minutach na pierwsze karmienie, nie wiem, jak to zrobiłam- to było takie naturalne!Od razu zaczął pięknie ssać zgodnie z wytycznymi ze szkoły rodzenia. Po karmieniu zabrali go od razu na usg, bo podejrzewano powiększoną wątrobę i jakieś problemy zukładem moczowym. I z dwóch obowiązkowych dla mnie pierwszych godzin zrobiła się niecała godzina. Ale chciałam wiedzieć o wszystkim jak najprędzej, więc nie mam pretensji. Syn z usg pojechał prosto na salę poporodową. Tam nim nie wstałam zajął się nim dzielny tatuś. Jeszcze chwilę musiałam czekać na przyjście pielęgniarki i jak gejsza podreptałem do dziecka. Od rana rezerwowałam jedynkę, jednak nie zwolniło się tam miejsce i trafiłam na towarzyszkę z dzień starszym synem, Tomaszem. Asia udzieliła mi pierwszych rad, bo urodziła trzecie już dziecko. I to jakie-o wadze 4700! Swoją drogą, teżpękła i miała tylko jeden szew więcej;-) pierwsze wspólne chwile spędziliśmy głównie na wpatrywaniu się w Mikołajka, który słodko spał. Ja miałam czas na prysznic, a dumny tata czuwał nad swoim syneczkiem. Gdy poszedł, rozpoczęła się trudna noc. Okazało się, że moja towarzyszka chrapie jak ruski czołg, jej syn co chwilę płacze żądając jedzenia, a mnie potwornie boli krocze. Dostałam dwie tabletki paracetamolu. Pomogły na pół godziny. Około 3 mały zaczął płakać. Ledwo co podniosłam się z łóżka, by go wziąć w ramiona. Położyłam go obok siebie, nakarmiłam na leżąco i tak dotrwaliśmy do 5, gdy na oddziale zrobił się ruch. Spałam więc z trzy godziny, ale adrenalina sprawiła, że nie czułam się wcale zmęczona. Od rana kolejne badania, szczepienia, obchód. Po śniadaniu pielęgniarka przyszła z nowiną, że zwolniła się jedynka i czy chcę się przenieść. Jasne, że chciałam! Od razu z wszystkimi bambetlami pojechałam do sali, gdzie mogłam wreszcie poczuć się swobodnie. Około 12 przyszedł mąż. Potem zawitali jeszcze moi rodzice, brat, siostra męża i teściowa. Zachwytom nie było końca! Młody dostał pierwszego misia od wujka i ubranka od dziadków. Cały dzień mi upłynął na leżeniu i karmieniu. Tatuś mógł wziąć pierwszy raz synka na ręce. Nie było to dla niego łatwe wyzwanie;-) przyszły też wieści na temat zdrowia Mikołajka- wątroba jest rzeczywiście nieco powiększona, ale bez dramatu. O układzie moczowym lekarz nawet nie wspomniał, więc podejrzenia się raczej nie potwierdziły. Tym bardziej, że Groszek siusiał normalnie. Mąż popołudniu dość szybko wrócił do domu skręcać łóżeczko. Ja przygotowałam się do odespania trudów porodu. Najpierw było bardzo dobrze. Miki dał mi odpocząć do 23. I przyszedł mały kryzys. Karmiłam go od tamtej pory do pierwszej w nocy i co chciałam go włożyć do wózeczka, on zaczynał płakać. O 1 przyszła pielęgniarka sprawdzić, jak sobie radzę. Gdy opowiedziałam jej o poprzednich 2 godzinach stwierdziła, że mały nie jest głodny, a potrzebuje bliskości. Położyła mi go do łóżka, Miki possał dwie minutki i zasnął. Tak dotrwaliśmy do rana. Podczas obchodu usłyszałam, że ładnie i szybko się goję, więc możemy już dziś wyjść do domu, tylko musimy poczekać do 17.26, by pobrać małemu krew do badań genetycznych. Ok, nie było problemu! Mąż tego dnia chciał zrobić pępkowe, bo myślał, że do piątku mnie przetrzymają, więc ostatecznie zamiast do domu zaprosił kolegów do pubu. O 18 byliśmy gotowi do wyjścia. Mąż przyjechał z moim tatą i nosidełkiem. Ubrałam małego, ale pierwsza próba włożenia go do nosidła pokazała, że za grubo. Od razu płacz. Zdjęłam mu więc spodnie i od razu sukces! Pożegnaliśmy się, zabraliśmy tobołki i poszliśmy w stronę wind. Mały zaciekawiony rozglądał się grzecznie. Od razu wpadł w oko pielęgniarce, która jechała z nami windą;-) jeszcze tylko przypięcie nosidełka pasami i w drogę! Mały ani razu nie zakwękał. Gdy weszliśmy do mieszkania, ha stole czekały kwiaty, a w pokoju małego łóżeczko. Póki Miki był grzeczny, posiedział jeszcze w nosidełku. Potem karmienie i usnął snem kamiennym. Trzy godziny spał bez przerwy! Zdążyłam się umyć, rozpakować, zrobić w domu porządek na błysk, umówić się z P położną środowiskową na wizytę kolejnego dnia i odpocząć. Tatuś w tym czasie opijał swój skarb. O 23 jeszcze karmienie godzinne i znowu sen. Przed pierwszą zmiana pieluchy i kolejna faza snu. Tym razem to ja pierwsza obudziłam się po 5 i zaniepokoiłam, że mały śpi za długo bez karmienia. Nie wybudzając go podałem mu pierś, a gdy o 6 skończył śniadanie, pospaliśmy jeszcze prawie do 10. Sobota minęła leniwie. Za nami pierwsza kąpiel. Niestety, nasz synek nie przepada za nią. O ile pluskanie go nie przeraża, tylko denerwuje- nie chce dać myć paszek czy nóżek, o tyle wyciąganie go z wanienki i osuszanie to już ryk na cały blok. Podobnie z przewijaniem- nie znosi go! Kolejna noc upłynęła spokojnie. Po kąpieli o 21 sen, o 23 karmienie godzinne, potem jeszcze pobudka o 4 i o 8 pobudka. A kolejny wpis nie będzie już tak różowy: moje dziecko nie chce spać w dzień!
czwartek, 24 lipca 2014
Groszek jest już z nami!!!
Oto Mikołaj:-) Urodził się we wtorek 22 lipca o godz. 17.26. Ma 53 cm wzrostu, ważył wtedy 3260 g. Jest cudowny! Więcej, gdy się ogarnę,dziś wracamy do domu.
P.S. Przepraszam za pomyłkę z wagą;-)
P.S. Przepraszam za pomyłkę z wagą;-)
czwartek, 17 lipca 2014
Skurcze, skurcze
Bez samochodu spędziłam ostatnie dni siedząc w domu. I ogarnęłam mnie całkowita mania wyobcowanie domu, by czekał czyściutki na przyjazd nowego lokatora. Mycie kuchennych szafek, pranie i prasowanie, porządki w komodzie, przesadzacie kwiatów, a dziś nawet zabrałam się za mycie okien. Jeśli chodzi o mieszkanie, uważam, że jest już gotowe na mój poród;-) I wydaje mi się, że Groszek już też coraz chętniej by wyszedł. Od kilku dni odczuwam mocne skurcze przepowiadające. Dotąd pojawiały się albo wcześnie rano, albo późno wieczorem szczególnie wtedy, gdy leżałam na lewym boku. Od wczoraj pojawiają się także w ciągu dnia. Pomaga chodzenie. Nie odszedł mi jeszcze czop i nic nie wskazuje, by akcja się rozkręcała. Jestem ciekawa, czy to, że skurcze są coraz mocniejsze oznacza, że już niebawem zamienią się w porodowe. Szczerze, to nic nie miałabym przeciwko temu;) I tak już teraz budzę się w środku nocy-pomiędzy 3 a 5.30 i tuptam do toalety, więc wcale nie czuję się jakoś super wyspana i wypoczęta rano.
Dziś mój najwspanialszy tata przywiózł naszego kochanego peżusia. Okazało się, że to nie akumulator ani rozrusznik, a przepalony bezpiecznik. Szukania było od groma, a naprawa samej usterki zajęła 3 minuty;) Tata mechanik to prawdziwy skarb! Wiem doskonale ile kosztowałaby taka naprawa w serwisie...A w moim przypadku skończyło się na serniku, który tata uwielbia;) Teraz jestem w końcu mobilna- jutro wyruszę na zakupy obiadowe po tygodniu opróżniania lodówki do zera.
Dziś mój najwspanialszy tata przywiózł naszego kochanego peżusia. Okazało się, że to nie akumulator ani rozrusznik, a przepalony bezpiecznik. Szukania było od groma, a naprawa samej usterki zajęła 3 minuty;) Tata mechanik to prawdziwy skarb! Wiem doskonale ile kosztowałaby taka naprawa w serwisie...A w moim przypadku skończyło się na serniku, który tata uwielbia;) Teraz jestem w końcu mobilna- jutro wyruszę na zakupy obiadowe po tygodniu opróżniania lodówki do zera.
piątek, 11 lipca 2014
Trzy kilogramy Groszka
We wtorek oprócz tego, że zepsuł mi się samochód, wydarzyło się też coś miłego- byliśmy u pani gin. Usłyszałam, że moja szyjka jeszcze trzyma, ale z tych słów wynikało, że w każdej chwili mam być gotowa na poród. Groszek podczas usg ruszał rozkosznie ustami. Z pomiarów wynika, że we wtorek ważył ok. 2900, więc dziś osiąga już pewnie 3 kg. Jest w pełni rozwinięty, więc nic wielkiego się nie wydarzy, jeśli już dziś zapragnąłby przyjść na świat. Teraz czekamy do 28 lipca. Jeśli do tego czasu nic się nie wydarzy, dostaniemy skierowanie na regularne ktg. Kolejna wizyta 24.
Co wynika z wizyty? Że już na poważnie myślę, że w każdej chwili mogę trafić na porodówkę;-) Tym bardziej, że od wczoraj coraz mocniej i dłużej odczuwam skurcze przepowiadające. Dziś obudziły mnie o godzinie 5 i na serio przestraszyły. Pomogło przełożenie się na drugi bok, więc uspokoiłam się i ponownie zasnęłam. O 8 nastąpiła powtórka z rozrywki, ale tym razem skurcz był dłuższy. Ustał sam po kilku minutach.
Z innej beczki: od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką laktatora Lovi prolactis. Już zdążyłam się z nim zapoznać. Jest bardzo prosty w obsłudze, więc nie było dużo zabawy;-) Do tego podoba mi się estetycznie- posiada praktyczną torbę, a wyświetlacz w czytelny sposób pokazuje, co się aktualnie dzieje. Mam nadzieję, że mi się przyda i będzie moim pomocnikiem:-)
Co wynika z wizyty? Że już na poważnie myślę, że w każdej chwili mogę trafić na porodówkę;-) Tym bardziej, że od wczoraj coraz mocniej i dłużej odczuwam skurcze przepowiadające. Dziś obudziły mnie o godzinie 5 i na serio przestraszyły. Pomogło przełożenie się na drugi bok, więc uspokoiłam się i ponownie zasnęłam. O 8 nastąpiła powtórka z rozrywki, ale tym razem skurcz był dłuższy. Ustał sam po kilku minutach.
Z innej beczki: od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką laktatora Lovi prolactis. Już zdążyłam się z nim zapoznać. Jest bardzo prosty w obsłudze, więc nie było dużo zabawy;-) Do tego podoba mi się estetycznie- posiada praktyczną torbę, a wyświetlacz w czytelny sposób pokazuje, co się aktualnie dzieje. Mam nadzieję, że mi się przyda i będzie moim pomocnikiem:-)
czwartek, 10 lipca 2014
O tym, jak ciężarna jechała na holu
Jak nie urok, to to drugie... Wybrałam się we wtorek na zakupy. Przejechałem moim peżusiem pół miasta ładując tylko kolejne siatki. Dojechałam do ostatniego punktu wycieczki- hipermarketu, który mieści się kilka ulic od mego domu. Miałam tylko jedną rzecz do kupienia, więc w ciągu kilkunastu minut byłam z powrotem w podziemnym parkingu. Wsiadam do auta, wkładam kluczyk do stacyjki, przekręcam go i cisza jak makiem zasiał... Próbuję jeszcze z 10 razy i nic...Otwieram klapę, jakbym była znawczynią tematu, ale nią nie jestem- wszystko przy silniku wygląda normalnie. Nie unosi się dym, nie ma płomieni, więc nic z tego oglądania nie wyszło pomocnego. Dzwonię do taty. Dzięki Bogu jest mechanikiem, więc podpowiada mi, bym otworzyła opakowanie akumulatora, bo może jakieś elementy się poluzowały. No tak- łatwo powiedzieć, gorzej zrobić: opakowanie było tak założone, że szamotałam się z nim kilka minut i nic. Na szczęście tata w tym momencie zadzwonił i powiedział, że mam czekać, bo urywa się z pracy i do mnie jedzie. Ulżyło mi! Już widziałam siebie wracającą pieszo do domu i martwiącą się, czy teraz autu nic się nie stanie, gdy będzie tak dłużej stał pod marketem. Tata przyjechał, natrudził się i nic- to chyba nie akumulator...Trzeba jechać na kanał. Niestety, kolega obsługujący w taty firmie lawetę do końca tygodnia ma urlop, więc zapadła decyzja- holujemy peżusia pod mój blok. Oczywiście, nie byłam wyposażona w linkę. W bagażniku znajdę różne cuda- od butów poprzez trzy parasole i kubek termiczny. Ale linka?Biegnę więc do marketu i wybieram najlepszą (czytaj najdroższą). Tata mocuje linkę i okazuje się, że kierownica jest mocno zablokowana i z ogromnym trudem można nią kręcić. Ale nic to- próbujemy. Najgorzej było wyjechać z parkingu. Strasznie się bałam, że kogoś walnę i będę jeszcze miała problemy. Na szczęście, poszło to płynnie, wyjechaliśmy na główną ulicę. Dojechaliśmy w okolicę mego bloku, zostały jeszcze tylko trzy zakręty. Wchodzimy w pierwszy i...linka pękła....Machnęłam ręką tacie, by szybko odjechał, bo nie chciałam mu walnąć w tył. Szybko się zatrzymałam wstrzymując przy tym nieźle ruch. Tata zasupłał moją nową superlinkę na 10 węzłów i jakoś dojechaliśmy na miejsce. Wczoraj tata zabrał akumulator do pracy i dziś go sprawdził. Niestety, najprawdopodobniej to nie on jest winny...Za chwilę się okaże- tata już jedzie do mnie, by włożyć go do peżusia.
Akurat teraz musiało się to wydarzyć! Ja już na ostatnich nogach i nawet po zakupy obiadowe nie mogę sie wybrać, bo w taki upał nie ruszę się pieszo z domu...Uziemiona będę pewnie jeszcze przez jakiś tydzień. Dobrze, że wszystko dla małego już mamy. Jakby co, to do szpitala i tak pojadę taksówką, ale bez auta trudno żyć...
Akurat teraz musiało się to wydarzyć! Ja już na ostatnich nogach i nawet po zakupy obiadowe nie mogę sie wybrać, bo w taki upał nie ruszę się pieszo z domu...Uziemiona będę pewnie jeszcze przez jakiś tydzień. Dobrze, że wszystko dla małego już mamy. Jakby co, to do szpitala i tak pojadę taksówką, ale bez auta trudno żyć...
poniedziałek, 7 lipca 2014
Groszkowa pocztówka z Jastarni
No to wracamy:-) Mąż zrobił mi wielką niespodziankę i zaplanował urlop tak, byśmy jeszcze przed porodem zdążyli pojechać nad morze. Wsiedliśmy więc w pociąg w czwartek z samego rana i koło 12 byliśmy w Jastarni. Uwielbiam to miejsce! Jeździmy tam z A. co roku odkąd jesteśmy parą. Mam same pozytywne wspomnienia związane z tym miejscem i często zimą, gdy denerwuje mnie już mróz i śnieg, wspominam wakacje oglądając zdjęcia. W tym roku było jednak inaczej niż zwykle. Byliśmy tam w trójkę. Nie spędzaliśmy czasu aktywnie, jak to zwykle bywało, a w zamian niespiesznie spacerowaliśmy i leniuchowaliśmy na plaży. Ja oczywiście uciekałam przed słońcem, więc wracam tak samo blada, jak przed wyjazdem;-) Pogoda nam absolutnie dopisała! Od czwartku aż do wczoraj było z dnia na dzień coraz cieplej i nie spadła tam nawet kropelka deszczu. Uciekliśmy więc przed wczorajszymi burzami i ulewami:-) Wieczorami chodziliśmy do pubu, w którym właściciele traktują nas już jak swojaków i oglądaliśmy mecze. Ja przy Tymbarku jabłkowy-wiśniowym, mąż przy bursztynowym trunku;-) Wypoczęliśmy, naładowaliśmy akumulatory na najbliższe miesiące i spędziliśmy razem czas, co ostatnio nie zdarzało się zbyt często z powodu nadmiaru obowiązków w pracy męża. Słowem: raj!
A teraz o trochę słabszej stronie takiego wyjazdu. Pierwsza noc przyniosła atak paniki. Pierwszy raz coś takiego mi się przydarzyło. Obudziłam się około 2 i poczułam ucisk w podbrzuszu jakby Groszek pchał się do wyjścia. I wtedy przyszedł mi do głowy czarny scenariusz: a co, jeśli to już? W Jastarni nie ma szpitala, trzeba by było jechać aż do Pucka lub wzywać karetkę. Myśli kotłowały mi się przynosząc tylko strach i nerwy. Zaczęłam sprawdzać, czy odeszły mi wody. Nic takiego się nie wydarzyło. I pewnie właśnie przez tę panikę nie mogłam już odróżnić, czy jeszcze coś czuję, czy to tylko moja wyobraźnia pracuje. Budziłam się co pół godziny. Szperałam w internecie co pierwsze: skurcze czy odejście wód. Na szczęście na jednym z portali, gdzie doradzają ginekolodzy wyczytałam, że to może być efekt zapalenia pęcherza. Byłam wyposażona z Prenatal urocare. Połknęłam tabletkę i zaczęłam się psychicznie uspokajać, że przecież nawet jeśli to już, dramatu nie będzie. Ale rano po dziwnym ucisku nie było już śladu. Do końca urlopu miałam jednak w głowie myśl, która nie przyszła mi do głowy przed wyjazdem: choć termin mam wyznaczony na 27-28 lipca, Groszek może chcieć przygód wcześniej. Często więc sprawdzałam, czy aby na pewno nie odpływają mi już wody;-) I jeszcze jedna rzecz: spanie bez mojej specjalnej poduszki jest teraz dla mnie męczarnią;-)
Za prawie dwie godziny będziemy w domu. I może już się dziać wszystko- torba czeka;-)
A teraz o trochę słabszej stronie takiego wyjazdu. Pierwsza noc przyniosła atak paniki. Pierwszy raz coś takiego mi się przydarzyło. Obudziłam się około 2 i poczułam ucisk w podbrzuszu jakby Groszek pchał się do wyjścia. I wtedy przyszedł mi do głowy czarny scenariusz: a co, jeśli to już? W Jastarni nie ma szpitala, trzeba by było jechać aż do Pucka lub wzywać karetkę. Myśli kotłowały mi się przynosząc tylko strach i nerwy. Zaczęłam sprawdzać, czy odeszły mi wody. Nic takiego się nie wydarzyło. I pewnie właśnie przez tę panikę nie mogłam już odróżnić, czy jeszcze coś czuję, czy to tylko moja wyobraźnia pracuje. Budziłam się co pół godziny. Szperałam w internecie co pierwsze: skurcze czy odejście wód. Na szczęście na jednym z portali, gdzie doradzają ginekolodzy wyczytałam, że to może być efekt zapalenia pęcherza. Byłam wyposażona z Prenatal urocare. Połknęłam tabletkę i zaczęłam się psychicznie uspokajać, że przecież nawet jeśli to już, dramatu nie będzie. Ale rano po dziwnym ucisku nie było już śladu. Do końca urlopu miałam jednak w głowie myśl, która nie przyszła mi do głowy przed wyjazdem: choć termin mam wyznaczony na 27-28 lipca, Groszek może chcieć przygód wcześniej. Często więc sprawdzałam, czy aby na pewno nie odpływają mi już wody;-) I jeszcze jedna rzecz: spanie bez mojej specjalnej poduszki jest teraz dla mnie męczarnią;-)
Za prawie dwie godziny będziemy w domu. I może już się dziać wszystko- torba czeka;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


